Statek majaczył w oddali, zamglony jak wspomnienie. Obróciłam się do reszty.
- Znam ten statek - powiedziałam chłodno, przekręcając miecz w dłoni. Rudowłosa dziewczyna cofnęła się o krok, wyczuwając napięcie.
- Czyli idziesz po Simona razem z Clary? - spytał Jace, choć w jego głosie zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie.
- Wyprowadzę Simona i Jocelyn - odpowiedziała pewnym tonem zielonooka, po czym szybko zarysowałam im plan statku.
- Ja z Alekiem idziemy na dziób. Isabelle będzie osłaniać was od tyłu - oznajmił Jace, rzucając nam krótkie spojrzenie.
- Zgoda. Ruszajmy - warknęłam niecierpliwie.
Weszłam na pokład. Wewnątrz statku czekała armia Valentine'a - nie tylko ludzie, ale i demony, gęste jak dym.
Valentine był zajęty rozmową z czarnoskórym mężczyzną. Wykorzystałam to, wskazując dyskretnie drzwi. Clary i Isabelle szybko je otworzyły. I wtedy poczułam ich wzrok - ciężki, demoniczny. Obróciłam się. Tuż przede mną stała paskudna bestia, która chwilę później rozpadła się pod celnie wymierzoną strzałą Aleka.
- Idź! - rzucił Alec w stronę dziewczyn i zniknęłam w mroku. Dobiegłam na miejsce, gdzie Clary i Isabelle podtrzymywały ledwo żywego Simona.
- Umrze bez krwi... nie pił od dawna - wyszeptała spanikowana Clary.
- Szukajcie Jocelyn. Zostanę z nim - powiedziałam twardo. Planowałam nakarmić go w ich nieobecności. Clary rzuciła mi spojrzenie pełne nieufności.
- Nie ufam ci - powiedziała chłodno, patrząc z bólem na przyjaciela. Bez słowa wyciągnęłam nóż i rozcięłam nadgarstek.
- Co ty, do cholery, robisz?! - krzyknęła Isabelle, widząc, jak podchodzę do Simona. - Jesteś osłabiona!
Podałam mu nadgarstek. Poczułam kły, które bez wahania przebiły skórę. Minutę później wyrwałam mu rękę, rysując na własnej skórze Iratze.
- Idę na górę. Szukajcie Jocelyn, powinna być gdzieś na dole - oznajmiłam, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści miecza.
- Nie dasz rady w tym stanie! - krzyknęła za mną Izzy. Zrozumiałam troskę, ale...
- Jestem aniołem. Regeneruję się szybciej. Pomóż Clary - rzuciłam przez ramię, wbiegając po schodach.
Na górnym pokładzie szalały demony. Wśród nich moi przyjaciele. Zacisnęłam dłonie na mieczu.
- Tato... pomóż - szepnęłam, po czym rzuciłam się w sam środek piekła.
Moje ruchy były szybkie, precyzyjne. Nie oglądałam się za siebie, pędziłam wprost do Valentine'a, który obserwował mnie z ironicznym uśmiechem.
- Rose! Uważaj! - ktoś krzyknął.
Jednym ruchem przebiłam dwa demony. Patrzyłam Valentine'owi prosto w oczy.
- Oberwiesz jak każdy inny, skończ z tym tańcem w kręgu! - warknęłam.
- Jesteś taka jak twoja matka... wojowniczka zakochana w aniele - powiedział z rozmarzeniem. Uśmiech błądził na jego ustach.
Nie wytrzymałam. Runy na mojej skórze rozbłysły, a niebiański ogień wypłynął spod moich stóp, tworząc krąg. Demony zaczęły uciekać.
Zbliżałam się do niego.
Gdy już miałam go dosięgnąć, po prostu... zniknął.
Zamrugałam. Poczułam ostrze. Odwróciłam się błyskawicznie, wbijając swój miecz prosto pod jego żebra. Staliśmy na krawędzi statku. Jego oczy błyszczały wściekłością.
Słyszałam krzyki. Chwyciłam go za gardło, próbując odebrać mu dech. Wtedy zrobił krok w tył. Razem runęliśmy do lodowatego morza.
Otworzyłam oczy pod wodą. Było ciemno. Valentine zniknął. Wynurzyłam się i wspięłam z powrotem na statek.
Wokół roiło się od Nocnych Łowców i watahy Luke'a. Podniosłam się z trudem, rysując na sobie kolejne Iratze. Zabrałam miecz poległego łowcy i ruszyłam na demony. Walczyliśmy całą noc. Bitwa zakończyła się o świcie.
Stado Luke'a zabrało Jocelyn do szpitala, razem z Clary i Simonem.
Podeszłam do grupki łowców, wypatrując znajomych twarzy. Zobaczyłam ranną Isabelle. Kucnęłam przy niej.
- Trzeba zabrać ją do Instytutu - powiedział spanikowany Alec.
- Nie ma czasu - odparłam, sięgając po stele. Narysowałam runę Iratze. Złote światło rozbłysło, a rana po ugryzieniu demona zniknęła. Izzy zasnęła.
- Teraz możecie ją wynieść - powiedziałam i zachwiałam się, mdlejąc.
Obudziłam się w skrzydle szpitalnym. Usiadłam powoli. Obok leżała Isabelle. Obie byłyśmy w bojowych strojach, pokryte krwią, potem i... siarką. Tego nie cierpiałam - wyglądać gorzej niż bezdomna. Ale znosiłam to, bo kochałam walczyć. A jeszcze bardziej - bronić swoich.
- Obudziłaś się? - Magnus. Odwróciłam się i spojrzałam na przyjaciela.
- Tak. Tylko się ogarnę, potem pogadamy - odpowiedziałam, mijając Aleka w korytarzu.
- Rose? - spojrzał na mnie jak na zjawę.
- Nie, Święty Mikołaj - rzuciłam sarkastycznie i weszłam do pokoju.
Prysznic. Czarne rurki. Czarny T-shirt.
Wróciłam. Izzy zaczęła się budzić.
- Wstawaj, żmijo - powiedziałam żartobliwie. Spojrzała na mnie z ukosa.
- Co się stało? - zapytała, zdezorientowana.
- Ugryzł cię demon w... - zaczęłam, ale przerwał mi Alec.
- Izzy... - powiedział cicho, siadając obok niej.
Odsunęłam się, dając im chwilę prywatności. Magnus podszedł.
- Jutro przyjeżdża konsul. Zdecyduje, co dalej - wyjaśnił, a ja westchnęłam, opierając się o ścianę. - Wszyscy spotkamy się w bibliotece. Luke, Clary, Simon też będą.
Skinęłam głową. Spojrzałam na Aleka... i szybko odwróciłam wzrok.
Wtedy usłyszałam krzyk. Gwałtowny, wewnątrz głowy. Złapałam się za nią. Na moim nadgarstku pojawiło się świeże rozcięcie.
- Rose?! - krzyknął Magnus.
- Co się dzieje?! - Alec był już przy mnie.
Odwróciłam głowę. Widziałam zarys postaci. Moje tęczówki musiały już być białe. Mężczyzna - człowiek Valentine'a - trzymał miecz.
- Niezła bariera - rzuciłam, wbijając mu scyzoryk w ramię. Warknął i rzucił się na mnie, ale ktoś go odepchnął.
- Kim jesteś?! Co robisz w Instytucie?! - ryknął Alec.
- Zostaw. Jest mój - warknęłam, zbliżając się do intruza.
- Zginiesz. Sama wiesz, kto cię zabije... Valentine mówił, że w końcu się domyślisz - szepnął.
Chwycił miecz i poderżnął sobie gardło. Tak kończyli. Wierni do końca.
Alec puścił ciało. Podniosłam jego miecz. Grawerunek: "Król Piekła".
Miecz zniknął.
- O co tu do cholery chodzi?! - wykrztusił Alec.
- Wysłał morderców - szepnęłam, uderzając pięścią w ścianę.
- Kto? - zapytała Izzy.
- Nie wiem. Może... może to znowu Valentine - rzuciłam, wychodząc.
Wróciłam do pokoju. Położyłam się i... zasnęłam. Jakby cały świat zniknął. Jakby to był tylko zły sen.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
Fiksi PenggemarRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
