Przekręciłam się leniwie na bok. Cichy dźwięk kapiącej kroplówki wypełniał ciszę szpitalnej sali. Spojrzałam w jej kierunku. Była jeszcze prawie pełna. Nikogo przy mnie nie było, co wywołało we mnie dziwny, lekki ucisk w piersi - rozczarowanie.
Było już jasno. Słońce wlewało się przez wysokie okna, kładąc ciepłe smugi na podłodze. Narada... Z pewnością wszyscy już się zebrali, żeby omówić to, co się wydarzyło. Westchnęłam cicho i usiadłam, odpinając igłę z przedramienia.
Założyłam buty, które ktoś zostawił przy łóżku. Spojrzałam na siebie. Zakrwawione ubrania przylegały do ciała, a na brzuchu widniał świeży bandaż, ciasno owinięty wokół talii.
- Panno Gold.
Odwróciłam się gwałtownie, stając twarzą w twarz z cichym bratem. Jego twarz była spokojna, choć wyraźnie zaskoczona.
- Jestem Zachariasz. Przyniosłem leki.
- Wybacz, że zmarnowano twój czas - powiedziałam cicho, wzdychając. - Mówiłam im, że nie trzeba was wzywać. Poradziłabym sobie sama.
Zachariasz uniósł lekko brwi.
- Obudziłaś się zaskakująco szybko jak na odniesione obrażenia.
- Moim ojcem jest Razjel. Anioł, który dał życie Nefilim. Nie pozwoliłby mi odejść... - uśmiechnęłam się gorzko. - Czuwa nade mną.
Brat skinął głową z namysłem.
- Twoje ciało regeneruje się w zastraszającym tempie. Rana zaczęła się goić niemal natychmiast po tym, jak odwiedził cię najstarszy syn Lightwoodów.
- To nic nowego. Rany zawsze się goją... - urwałam. - Przepraszam, ale muszę pokazać wszystkim, że żyję.
- Konsul zażądała twoich wyników.
- Nie wyrażam zgody na ich przekazanie. To jej ludzie próbowali mnie zabić. Przepraszam, Zachariaszu, ale muszę już iść.
- Do zobaczenia, panno Gold.
Opuściłam szpital, czując na sobie pełne zdziwienia spojrzenia łowców. Ich milczenie było wymowniejsze niż jakiekolwiek słowa. Przyspieszyłam kroku, ignorując szepty za plecami.
Na placu ktoś pociągnął mnie gwałtownie w stronę zaułka.
- Zabiłaś mojego brata! - wrzasnął młody łowca, oczy miał rozpalone wściekłością.
- On chciał zabić mnie... tak jak większość was - odparłam chłodno,
Wyciągnął nóż i przyłożył mi go do gardła.
- Podobno anioły nie krwawią - szepnął, uśmiechając się okrutnie.
- Ostrzegam cię... - warknęłam, ale nie dał mi dokończyć.
Z całej siły pchnął mnie, a moje ciało przeleciało przez powietrze jak kamień rzucony przez katapultę, rozbijając się o mur pobliskiego budynku. Z jękiem opadłam na ziemię.
Podniosłam się powoli. Mężczyzna szedł w moją stronę, pewnym krokiem, pewien zwycięstwa.
Uniosłam rękę, a z niej wystrzelił promień oślepiającego światła. Cały Idris zadrżał pod jego siłą. Moja skóra zaczęła błyszczeć, a światło wokół mnie przybrało złoty odcień.
Rozwinęłam skrzydła - majestatyczne, białe, promieniejące. Anielskie.
- Nie zadziera się z córką anioła, dzięki któremu żyjesz jako Nocny Łowca! - zagrzmiał mój głos.
Napastnik rzucił się na mnie. Wystarczyło jedno machnięcie ręką - poleciał jak szmaciana lalka, uderzając w mur i osuwając się bezwładnie.
- Rose?! - usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się. Alec patrzył na mnie z trwogą i troską. - Uspokój się. Weź głęboki oddech.
Zamknęłam oczy. Skrzydła zniknęły. Światło zgasło. Odetchnęłam głęboko.
- Panuję nad sobą... ale ktoś usiłuje się mnie pozbyć.
- To nie Konsul - odparł Alec. - Ci Łowcy mieli znak Kręgu.
Zamarłam. Myśli popłynęły z powrotem do wydarzeń minionej nocy. To byli oni. To oni chcieli uwolnić Valentine'a. Jonathan ich powstrzymał... ale nie z myślą o mnie. Zrobił to, bo mu zagrażali. Konsul... ona może być kolejnym celem.
- Rose? - Alec potrząsnął mną lekko. - Słyszysz mnie?
- Muszę porozmawiać z Magnusem - powiedziałam zamyślona.
- A co on ma z tym wspólnego?
- Więcej, niż myślisz. Alec... uważaj na siebie.
Złapał mnie za ramię.
- Co jeszcze ukrywasz?
- Nie teraz - powiedziałam cicho i odeszłam, zostawiając go z tysiącem pytań.
---
- Co z Rose?! - krzyknął Max, kiedy tylko pojawiłam się w drzwiach posiadłości Lightwoodów. Nie odpowiedziałam. Wbiegłam po schodach. Nie chciałam, żeby widział mnie całą we krwi. Dzieci nie powinny nosić takich obrazów w sercu.
Zamknęłam się w pokoju. Z szafy wyciągnęłam czyste ubrania i poszłam prosto pod prysznic. Woda zmywała krew, pot i strach. Gdy zeszłam na dół, w kuchni zapanowała cisza. Zaparzyłam sobie kawę i weszłam do jadalni.
Wszyscy tam byli - oprócz Aleca.
- Rose?! - Marisa zerwała się z krzesła z zaskoczeniem.
- Tak? - usiadłam obok Maxa, który natychmiast objął mnie mocno. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie.
W oczach Roberta widziałam niedowierzanie i strach. Max uśmiechał się do mnie szeroko, z ulgą.
- Cisi Bracia mówili, że umrzesz - wyszeptał.
- Max, miałeś iść ćwiczyć - powiedział surowo jego ojciec. Chłopiec zniknął w milczeniu. - Jakim cudem jeszcze żyjesz? Powinnaś być w szpitalu co najmniej miesiąc!
- Jestem aniołem. Regeneruję się szybciej - odparłam, a w moim głosie zabrzmiała nuta sarkazmu. - Ale zakładam, że nie o to ci chodzi.
- Rose... - zaczęła Marisa z wyrzutem.
- Jak to możliwe? - powtórzył Robert.
- Pracuję nad sobą. I staję się coraz silniejsza.
- Wystarczy! - wtrącił się Jace, stając po mojej stronie.
- Nie tym tonem! - warknął Robert.
Do jadalni wpadł Alec, wzrokiem szukając mnie.
- Rose?
- Jestem. Żyję. Już nie będę wam przeszkadzać - rzuciłam chłodno i wyszłam.
---
Zamknęłam się w pokoju, siadając przy biurku. Sięgnęłam po dziennik i zaczęłam spisywać wszystko, co się wydarzyło - kodem, który potrafił odczytać tylko Magnus. Kiedy skończyłam, schowałam dziennik do tajnej skrytki za biurkiem i przysunęłam mebel z powrotem na miejsce.
Spojrzałam w lustro. Moja twarz była zmęczona, oczy zaczerwienione, ale w spojrzeniu błyszczała siła.
KOLEJNY ROZDZIAŁ ZA 8 GWIAZDEK🌟
( 816 słów)
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
FanfictionRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
