39.

384 26 6
                                        


Przekręciłam się leniwie na bok. Cichy dźwięk kapiącej kroplówki wypełniał ciszę szpitalnej sali. Spojrzałam w jej kierunku. Była jeszcze prawie pełna. Nikogo przy mnie nie było, co wywołało we mnie dziwny, lekki ucisk w piersi - rozczarowanie.

Było już jasno. Słońce wlewało się przez wysokie okna, kładąc ciepłe smugi na podłodze. Narada... Z pewnością wszyscy już się zebrali, żeby omówić to, co się wydarzyło. Westchnęłam cicho i usiadłam, odpinając igłę z przedramienia.

Założyłam buty, które ktoś zostawił przy łóżku. Spojrzałam na siebie. Zakrwawione ubrania przylegały do ciała, a na brzuchu widniał świeży bandaż, ciasno owinięty wokół talii.

- Panno Gold.

Odwróciłam się gwałtownie, stając twarzą w twarz z cichym bratem. Jego twarz była spokojna, choć wyraźnie zaskoczona.

- Jestem Zachariasz. Przyniosłem leki.

- Wybacz, że zmarnowano twój czas - powiedziałam cicho, wzdychając. - Mówiłam im, że nie trzeba was wzywać. Poradziłabym sobie sama.

Zachariasz uniósł lekko brwi.

- Obudziłaś się zaskakująco szybko jak na odniesione obrażenia.

- Moim ojcem jest Razjel. Anioł, który dał życie Nefilim. Nie pozwoliłby mi odejść... - uśmiechnęłam się gorzko. - Czuwa nade mną.

Brat skinął głową z namysłem.

- Twoje ciało regeneruje się w zastraszającym tempie. Rana zaczęła się goić niemal natychmiast po tym, jak odwiedził cię najstarszy syn Lightwoodów.

- To nic nowego. Rany zawsze się goją... - urwałam. - Przepraszam, ale muszę pokazać wszystkim, że żyję.

- Konsul zażądała twoich wyników.

- Nie wyrażam zgody na ich przekazanie. To jej ludzie próbowali mnie zabić. Przepraszam, Zachariaszu, ale muszę już iść.

- Do zobaczenia, panno Gold.

Opuściłam szpital, czując na sobie pełne zdziwienia spojrzenia łowców. Ich milczenie było wymowniejsze niż jakiekolwiek słowa. Przyspieszyłam kroku, ignorując szepty za plecami.

Na placu ktoś pociągnął mnie gwałtownie w stronę zaułka.

- Zabiłaś mojego brata! - wrzasnął młody łowca, oczy miał rozpalone wściekłością.

- On chciał zabić mnie... tak jak większość was - odparłam chłodno,

Wyciągnął nóż i przyłożył mi go do gardła.

- Podobno anioły nie krwawią - szepnął, uśmiechając się okrutnie.

- Ostrzegam cię... - warknęłam, ale nie dał mi dokończyć.

Z całej siły pchnął mnie, a moje ciało przeleciało przez powietrze jak kamień rzucony przez katapultę, rozbijając się o mur pobliskiego budynku. Z jękiem opadłam na ziemię.

Podniosłam się powoli. Mężczyzna szedł w moją stronę, pewnym krokiem, pewien zwycięstwa.

Uniosłam rękę, a z niej wystrzelił promień oślepiającego światła. Cały Idris zadrżał pod jego siłą. Moja skóra zaczęła błyszczeć, a światło wokół mnie przybrało złoty odcień.

Rozwinęłam skrzydła - majestatyczne, białe, promieniejące. Anielskie.

- Nie zadziera się z córką anioła, dzięki któremu żyjesz jako Nocny Łowca! - zagrzmiał mój głos.

Napastnik rzucił się na mnie. Wystarczyło jedno machnięcie ręką - poleciał jak szmaciana lalka, uderzając w mur i osuwając się bezwładnie.

- Rose?! - usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się. Alec patrzył na mnie z trwogą i troską. - Uspokój się. Weź głęboki oddech.

Zamknęłam oczy. Skrzydła zniknęły. Światło zgasło. Odetchnęłam głęboko.

- Panuję nad sobą... ale ktoś usiłuje się mnie pozbyć.

- To nie Konsul - odparł Alec. - Ci Łowcy mieli znak Kręgu.

Zamarłam. Myśli popłynęły z powrotem do wydarzeń minionej nocy. To byli oni. To oni chcieli uwolnić Valentine'a. Jonathan ich powstrzymał... ale nie z myślą o mnie. Zrobił to, bo mu zagrażali. Konsul... ona może być kolejnym celem.

- Rose? - Alec potrząsnął mną lekko. - Słyszysz mnie?

- Muszę porozmawiać z Magnusem - powiedziałam zamyślona.

- A co on ma z tym wspólnego?

- Więcej, niż myślisz. Alec... uważaj na siebie.

Złapał mnie za ramię.

- Co jeszcze ukrywasz?

- Nie teraz - powiedziałam cicho i odeszłam, zostawiając go z tysiącem pytań.

---

- Co z Rose?! - krzyknął Max, kiedy tylko pojawiłam się w drzwiach posiadłości Lightwoodów. Nie odpowiedziałam. Wbiegłam po schodach. Nie chciałam, żeby widział mnie całą we krwi. Dzieci nie powinny nosić takich obrazów w sercu.

Zamknęłam się w pokoju. Z szafy wyciągnęłam czyste ubrania i poszłam prosto pod prysznic. Woda zmywała krew, pot i strach. Gdy zeszłam na dół, w kuchni zapanowała cisza. Zaparzyłam sobie kawę i weszłam do jadalni.

Wszyscy tam byli - oprócz Aleca.

- Rose?! - Marisa zerwała się z krzesła z zaskoczeniem.

- Tak? - usiadłam obok Maxa, który natychmiast objął mnie mocno. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie.

W oczach Roberta widziałam niedowierzanie i strach. Max uśmiechał się do mnie szeroko, z ulgą.

- Cisi Bracia mówili, że umrzesz - wyszeptał.

- Max, miałeś iść ćwiczyć - powiedział surowo jego ojciec. Chłopiec zniknął w milczeniu. - Jakim cudem jeszcze żyjesz? Powinnaś być w szpitalu co najmniej miesiąc!

- Jestem aniołem. Regeneruję się szybciej - odparłam, a w moim głosie zabrzmiała nuta sarkazmu. - Ale zakładam, że nie o to ci chodzi.

- Rose... - zaczęła Marisa z wyrzutem.

- Jak to możliwe? - powtórzył Robert.

- Pracuję nad sobą. I staję się coraz silniejsza.

- Wystarczy! - wtrącił się Jace, stając po mojej stronie.

- Nie tym tonem! - warknął Robert.

Do jadalni wpadł Alec, wzrokiem szukając mnie.

- Rose?

- Jestem. Żyję. Już nie będę wam przeszkadzać - rzuciłam chłodno i wyszłam.

---

Zamknęłam się w pokoju, siadając przy biurku. Sięgnęłam po dziennik i zaczęłam spisywać wszystko, co się wydarzyło - kodem, który potrafił odczytać tylko Magnus. Kiedy skończyłam, schowałam dziennik do tajnej skrytki za biurkiem i przysunęłam mebel z powrotem na miejsce.

Spojrzałam w lustro. Moja twarz była zmęczona, oczy zaczerwienione, ale w spojrzeniu błyszczała siła.

KOLEJNY ROZDZIAŁ ZA 8 GWIAZDEK🌟
( 816 słów)

Nocna ŁowczyniOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz