Minęła godzina. Izzy spała spokojnie, ale nagle jej oddech stał się nierówny. Zaczęła się dusić.
- Izzy! - zawołałam, podbiegając i delikatnie przekręcając ją na bok. - Alec, nie... Alec, zostaw ją, błagam! - potrząsnęłam nią z rosnącą paniką.
Dziewczyna gwałtownie usiadła na łóżku, wrzeszcząc:
- ALEC!!!
Z jej gardła wyrwał się szloch. Spojrzała na mnie z dzikim przerażeniem w oczach.
- Gdzie jest mój brat?! - zapytała drżącym głosem.
- Śpij, jestem tutaj. Zostanę z tobą - odpowiedziałam łagodnie, dotykając jej dłoni. - Przyniosę ci wodę, dobrze?
Jej wargi zadrżały.
- Woda... błagam...
Telefon zadzwonił.
- Jestem w kuchni - odezwał się Jace.
- Przynieś szybko butelkę wody. Natychmiast! - rozkazałam i rozłączyłam się.
Spojrzałam na Isabelle - była rozpalona. Jej czoło błyszczało od potu. Pospiesznie otworzyłam drzwi łazienki i zaczęłam nalewać zimną wodę do wanny. Wzięłam maść, rozpuściłam ją w wodzie - ostatnio to pomogło.
Wpadłam na myśl ryzykowną. Rozcięłam delikatnie nadgarstek, pozwalając, by runy na mojej skórze zaczęły świecić złotym blaskiem. Z rany wypłynęła jasna, złocista ciecz. W tym samym momencie z pokoju dobiegł krzyk Izzy.
Pobiegłam do niej. Trzymała się za brzuch, jej ciało drżało z bólu. Pomogłam jej wstać i powoli przeprowadziłam do łazienki. Kiedy weszła do wanny, westchnęła z ulgą. Usiadłam obok i chwyciłam jej rękę, przejmując część cierpienia. Moje żyły zapłonęły, a skóra zapiekła ogniem, ale nie puściłam.
Izzy spojrzała na mnie z wdzięcznością.
- Już tak bardzo nie boli... - wyszeptała.
Uśmiechnęłam się blado. Po moim policzku spłynęła czerwona łza. W drzwiach pojawił się Jace.
- Mam wodę. Gdzie jest Izzy? - spytał, a jego głos zadrżał.
Spojrzał na mnie z przerażeniem.
- Rose... co się dzieje?! Masz krew na twarzy!
- Izzy może jeszcze poczuć ból - powiedziałam spokojnie, puszczając jej dłoń.
- Ale ja... nic nie czuję - powiedziała zaskoczona.
- Bo jesteś w wodzie. Nie wychodź z niej - poleciłam.
Jace zbliżył się, zmarszczył brwi.
- Co tu się dzieje? Masz krew w oku?
- To nic - odpowiedziałam chłodno. - Zajmij się nią. Ja przygotuję coś do jedzenia.
Wyszłam z łazienki, zmierzając do kuchni. Torby z zakupami leżały na blacie. Zaczęłam wypakowywać ich zawartość i nalałam wody do garnka. Rana szczypała, a oczy piekły. Przemyłam twarz, a na nadgarstku narysowałam Iratzel, by złagodzić ból. Potem umyłam ręce i zaczęłam kroić warzywa.
W kuchni pojawił się Alec.
- Co ty robisz? - zapytał, zbliżając się.
- Jace został z Izzy, ja robię jej zupę.
Spojrzał na zlew i zmarszczył brwi.
- Dlaczego ścierka jest zakrwawiona?
- Przejęłam jej ból. To nic takiego. - Wrzuciłam warzywa do gotującego się wywaru.
- Gotujesz zupę? Od kiedy potrafisz gotować?
- Od kiedy zadaję się z Magnusem i Santiago. Wampiry mają zaskakująco dobre przepisy.
- A ta zupa jest...?
- Na odporność, na zbicie temperatury i... uspokojenie.
Alec uniósł brwi.
- A co dokładnie ją uspokaja?
- Melisa. Z dodatkiem kilku innych ziół.
- Znasz się na zielarstwie?
- Magnus nauczył mnie sporo. Kiedy miałam ataki, zawsze coś mi dawał.
- A ta fiolka z wczoraj...?
- To nie było na uspokojenie. Raczej... coś jak ziołowy narkotyk. Pobudzenie, coś jak amfetamina, ale magiczna.
- Skąd on...?
- Magnus eksperymentuje. Wymyśla różne mikstury. - Wzruszyłam ramionami i zamieszałam zupę. Odłożyłam łyżkę i usiadłam na blacie.
- Są jakieś efekty uboczne?
- Tym razem nie. Poza tym wolę to niż chemiczne leki na uspokojenie.
- Brałaś je?
- Tak. Kiedy ataki się nasilały. Byłam po nich wykończona.
- Jak wyglądały?
- Moje tęczówki robiły się białe, runy świeciły jak szalone, lustra pękały, przedmioty eksplodowały od spojrzenia.
Alec patrzył na mnie z mieszaniną szoku i niedowierzania.
- Ale już to kontroluję - dodałam cicho. - Po co w ogóle przyszedłeś do kuchni?
- Po leki nasenne.
Wyciągnęłam rękę w kierunku szafki. Tabletki pojawiły się w mojej dłoni. Podałam mu je.
- Weź dwie i połóż się. Naprawdę źle wyglądasz.
- Martwisz się o mnie?
- O każdego. Przed nami ciężki miesiąc, Alec. Jad nie zniknie ot tak.
- Nie da się tego jakoś przyspieszyć?
- Może. To zależy od Izzy i od nas.
Zupa zaczęła bulgotać. Wyłączyłam kuchenkę. Alec wziął leki, po czym rzucił ciche „dobranoc" i wyszedł.
Ja nalałam zupy do miski, dodałam łyżeczkę i odłożyłam wszystko na tacę. Wróciłam do pokoju.
Izzy spała. Jace dał mi znak, bym podeszła do łazienki.
- Woda w wannie... była zielona. Teraz jest czerwona.
Spojrzałam w stronę wanny. Ciecz naprawdę zmieniła kolor.
- Izzy nie krwawiła - powiedział z niepokojem.
Podeszłam do wody i zanurzyłam rękę. Zasyczałam z bólu. Otworzyłam kurek i przemyłam dłoń w zlewie.
- Co zrobiłaś? - zapytał Jace, wyraźnie zaniepokojony.
- Chyba... pozbyła się resztek jadu.
- Ale jakim cudem? To powinno trwać tygodnie!
Zaczęłam analizować. Maść łagodziła ból, ale krew - moja krew - miała działanie oczyszczające.
- Dałam jej kilka kropel anielskiej krwi do wody. Zneutralizowała jad. Dlatego teraz będzie musiała przejść detoks, ale jeśli się postaramy - za tydzień, dwa - wróci do zdrowia.
Rozcięłam ponownie nadgarstek - wypłynęła czarna ciecz, która z czasem rozjaśniła się, nabierając złotego blasku. Umyłam rękę.
- Ty... dałaś jej własnej krwi? - Jace wyglądał, jakby nie wiedział, czy ma być przerażony, czy pod wrażeniem.
- Kilka kropel anielskiej ,wchłonęła jad niszcząc go -Poszłam do Isabelle która się przebudziła a ja zaczęłam karmiąc ją zupą
Jace bez słowa opuścił pomieszczenie.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
FanfictionRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
