58.

260 11 9
                                        

Minęła godzina. Izzy spała spokojnie, ale nagle jej oddech stał się nierówny. Zaczęła się dusić.

- Izzy! - zawołałam, podbiegając i delikatnie przekręcając ją na bok. - Alec, nie... Alec, zostaw ją, błagam! - potrząsnęłam nią z rosnącą paniką.

Dziewczyna gwałtownie usiadła na łóżku, wrzeszcząc:

- ALEC!!!

Z jej gardła wyrwał się szloch. Spojrzała na mnie z dzikim przerażeniem w oczach.

- Gdzie jest mój brat?! - zapytała drżącym głosem.

- Śpij, jestem tutaj. Zostanę z tobą - odpowiedziałam łagodnie, dotykając jej dłoni. - Przyniosę ci wodę, dobrze?

Jej wargi zadrżały.

- Woda... błagam...

Telefon zadzwonił.

- Jestem w kuchni - odezwał się Jace.

- Przynieś szybko butelkę wody. Natychmiast! - rozkazałam i rozłączyłam się.

Spojrzałam na Isabelle - była rozpalona. Jej czoło błyszczało od potu. Pospiesznie otworzyłam drzwi łazienki i zaczęłam nalewać zimną wodę do wanny. Wzięłam maść, rozpuściłam ją w wodzie - ostatnio to pomogło.

Wpadłam na myśl ryzykowną. Rozcięłam delikatnie nadgarstek, pozwalając, by runy na mojej skórze zaczęły świecić złotym blaskiem. Z rany wypłynęła jasna, złocista ciecz. W tym samym momencie z pokoju dobiegł krzyk Izzy.

Pobiegłam do niej. Trzymała się za brzuch, jej ciało drżało z bólu. Pomogłam jej wstać i powoli przeprowadziłam do łazienki. Kiedy weszła do wanny, westchnęła z ulgą. Usiadłam obok i chwyciłam jej rękę, przejmując część cierpienia. Moje żyły zapłonęły, a skóra zapiekła ogniem, ale nie puściłam.

Izzy spojrzała na mnie z wdzięcznością.

- Już tak bardzo nie boli... - wyszeptała.

Uśmiechnęłam się blado. Po moim policzku spłynęła czerwona łza. W drzwiach pojawił się Jace.

- Mam wodę. Gdzie jest Izzy? - spytał, a jego głos zadrżał.

Spojrzał na mnie z przerażeniem.

- Rose... co się dzieje?! Masz krew na twarzy!

- Izzy może jeszcze poczuć ból - powiedziałam spokojnie, puszczając jej dłoń.

- Ale ja... nic nie czuję - powiedziała zaskoczona.

- Bo jesteś w wodzie. Nie wychodź z niej - poleciłam.

Jace zbliżył się, zmarszczył brwi.

- Co tu się dzieje? Masz krew w oku?

- To nic - odpowiedziałam chłodno. - Zajmij się nią. Ja przygotuję coś do jedzenia.

Wyszłam z łazienki, zmierzając do kuchni. Torby z zakupami leżały na blacie. Zaczęłam wypakowywać ich zawartość i nalałam wody do garnka. Rana szczypała, a oczy piekły. Przemyłam twarz, a na nadgarstku narysowałam Iratzel, by złagodzić ból. Potem umyłam ręce i zaczęłam kroić warzywa.

W kuchni pojawił się Alec.

- Co ty robisz? - zapytał, zbliżając się.

- Jace został z Izzy, ja robię jej zupę.

Spojrzał na zlew i zmarszczył brwi.

- Dlaczego ścierka jest zakrwawiona?

- Przejęłam jej ból. To nic takiego. - Wrzuciłam warzywa do gotującego się wywaru.

- Gotujesz zupę? Od kiedy potrafisz gotować?

- Od kiedy zadaję się z Magnusem i Santiago. Wampiry mają zaskakująco dobre przepisy.

- A ta zupa jest...?

- Na odporność, na zbicie temperatury i... uspokojenie.

Alec uniósł brwi.

- A co dokładnie ją uspokaja?

- Melisa. Z dodatkiem kilku innych ziół.

- Znasz się na zielarstwie?

- Magnus nauczył mnie sporo. Kiedy miałam ataki, zawsze coś mi dawał.

- A ta fiolka z wczoraj...?

- To nie było na uspokojenie. Raczej... coś jak ziołowy narkotyk. Pobudzenie, coś jak amfetamina, ale magiczna.

- Skąd on...?

- Magnus eksperymentuje. Wymyśla różne mikstury. - Wzruszyłam ramionami i zamieszałam zupę. Odłożyłam łyżkę i usiadłam na blacie.

- Są jakieś efekty uboczne?

- Tym razem nie. Poza tym wolę to niż chemiczne leki na uspokojenie.

- Brałaś je?

- Tak. Kiedy ataki się nasilały. Byłam po nich wykończona.

- Jak wyglądały?

- Moje tęczówki robiły się białe, runy świeciły jak szalone, lustra pękały, przedmioty eksplodowały od spojrzenia.

Alec patrzył na mnie z mieszaniną szoku i niedowierzania.

- Ale już to kontroluję - dodałam cicho. - Po co w ogóle przyszedłeś do kuchni?

- Po leki nasenne.

Wyciągnęłam rękę w kierunku szafki. Tabletki pojawiły się w mojej dłoni. Podałam mu je.

- Weź dwie i połóż się. Naprawdę źle wyglądasz.

- Martwisz się o mnie?

- O każdego. Przed nami ciężki miesiąc, Alec. Jad nie zniknie ot tak.

- Nie da się tego jakoś przyspieszyć?

- Może. To zależy od Izzy i od nas.

Zupa zaczęła bulgotać. Wyłączyłam kuchenkę. Alec wziął leki, po czym rzucił ciche „dobranoc" i wyszedł.

Ja nalałam zupy do miski, dodałam łyżeczkę i odłożyłam wszystko na tacę. Wróciłam do pokoju.

Izzy spała. Jace dał mi znak, bym podeszła do łazienki.

- Woda w wannie... była zielona. Teraz jest czerwona.

Spojrzałam w stronę wanny. Ciecz naprawdę zmieniła kolor.

- Izzy nie krwawiła - powiedział z niepokojem.

Podeszłam do wody i zanurzyłam rękę. Zasyczałam z bólu. Otworzyłam kurek i przemyłam dłoń w zlewie.

- Co zrobiłaś? - zapytał Jace, wyraźnie zaniepokojony.

- Chyba... pozbyła się resztek jadu.

- Ale jakim cudem? To powinno trwać tygodnie!

Zaczęłam analizować. Maść łagodziła ból, ale krew - moja krew - miała działanie oczyszczające.

- Dałam jej kilka kropel anielskiej krwi do wody. Zneutralizowała jad. Dlatego teraz będzie musiała przejść detoks, ale jeśli się postaramy - za tydzień, dwa - wróci do zdrowia.

Rozcięłam ponownie nadgarstek - wypłynęła czarna ciecz, która z czasem rozjaśniła się, nabierając złotego blasku. Umyłam rękę.

- Ty... dałaś jej własnej krwi? - Jace wyglądał, jakby nie wiedział, czy ma być przerażony, czy pod wrażeniem.

- Kilka kropel anielskiej ,wchłonęła jad niszcząc go -Poszłam do Isabelle która się przebudziła a ja zaczęłam karmiąc ją zupą

Jace bez słowa opuścił pomieszczenie.

Nocna ŁowczyniOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz