Przebrałam się w strój bojowy, sięgając po czarne, elastyczne spodnie i dopasowaną kamizelkę. Usiadłam przed lustrem i zrobiłam przedziałek, po czym zaczęłam zaplatać dwa dobierane warkocze. Gdy skończyłam, spojrzałam na swoje odbicie. Nie wyglądałam źle. Ba - wyglądałam silnie. Pewnie. Przynajmniej z zewnątrz.
Nałożyłam pas z bronią, starannie przymocowując noże i miniaturowy łuk. Właśnie wtedy rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę! - krzyknęłam i drzwi otworzyły się powoli.
Wszedł Jace, ubrany już w strój bojowy. Na jego twarzy pojawił się cień zaskoczenia.
- Już nie śpisz?
- Od godziny - odpowiedziałam, zerkając na zegarek. - Idziemy?
Skinął głową i ruszyliśmy razem korytarzem. Po drodze zahaczyliśmy o zbrojownię. W środku Izzy trenowała z Sebastianem, wymieniając z nim precyzyjne ciosy. Max, malec z łukiem niemal większym od siebie, celował w tarczę. Gdy jego palce się omsknęły, strzała odbiła się od podłogi i uderzyła w stojące lustro, rozbrzmiewając głuchym dźwiękiem. Max zamarł, a potem odwrócił się i spojrzał na mnie wielkimi, przepraszającymi oczami.
Uśmiechnęłam się lekko, zabierając kilka scyzoryków z szafki.
- Rose! - wykrzyknął radośnie, ale zaraz urwał, jakby coś w moim wyrazie twarzy kazało mu zamilknąć. Podeszedł bliżej. - Mogę iść z wami? Proszę! Umie strzelać! Nic mi nie będzie!
Kucnęłam przy nim i ujęłam jego dłoń.
- Max, jeszcze nie teraz. Musisz ćwiczyć dalej. Ale już niedługo, obiecuję.
Spojrzałam na Jace'a - ten tylko skinął głową, zgadzając się w ciszy.
Wyszliśmy na zewnątrz, a ku mojemu zdziwieniu, na dziedzińcu zebrało się wielu Nocnych Łowców. Ich spojrzenia śledziły nas, jakbyśmy ruszali na coś więcej niż zwykły patrol. Czułam ciężar ich oczekiwań, ale nie dałam tego po sobie poznać.
Po przeszukaniu okolicy, w której nie znaleźliśmy niczego podejrzanego, Jace westchnął.
- Wracamy?
- Możesz wracać. Ja chcę sprawdzić jeszcze nabrzeże.
Machnęłam ręką, otwierając portal. Magiczne światło zawirowało w powietrzu.
- Nie zostawię cię samej - odparł twardo. Westchnęłam. Nadopiekuńczość wcielona.
- No to chodź.
Przeszliśmy przez portal i wylądowaliśmy na mokrym, wietrznym wybrzeżu. Powietrze było gęste, przesycone zapachem soli i czegoś... niepokojącego. Zamknęłam oczy, pozwalając sobie skupić się na instynkcie. Coś mnie przyciągało w konkretnym kierunku.
- Gdzie idziesz? - zapytał Jace, gdy zboczyłam ze ścieżki.
- Nie wiem. Mam przeczucie. Muszę to sprawdzić.
Szliśmy przez opustoszałe uliczki. W końcu dotarliśmy do opuszczonego budynku, którego piwniczne okienko było uchylone. Przykucnęłam przy nim.
- Dzwonię po wsparcie - powiedział Jace, marszcząc brwi.
- Nie. To może być fałszywy alarm. Wejdę sama. Jeśli coś się stanie, napiszę. Jasne?
Zawahał się.
- Masz piętnaście minut. Potem wzywam pomoc.
Skinęłam głową i wślizgnęłam się przez okienko.
Wewnątrz panował chłód, który wdzierał się pod skórę. Wilgoć ściekała po ścianach, a powietrze pachniało zgnilizną. Zapaliłam runiczny kamień, który rozświetlił mrok mdłym blaskiem.
Krew. Łańcuchy. Cele. I cisza, która nie była spokojem, lecz czymś o wiele bardziej niepokojącym.
Zeszłam niżej, potem znów w górę - aż w końcu na parterze natknęłam się na rozszarpane zwłoki. Krew zdążyła zaschnąć, a mimo to zapach był trudny do zniesienia. Zrobiłam zdjęcie i wysłałam je Jace'owi.
Telefon zadzwonił niemal natychmiast.
- Wsparcie będzie za dwadzieścia minut. Wracaj. Teraz.
- Nie ma mowy. Może ktoś tu jeszcze jest.
Rozłączyłam się i ruszyłam dalej, przeszukując piętro po piętrze. Na pierwszym piętrze znalazłam dwa ciała - bez wnętrzności, z szeroko otwartymi, szklanymi oczami.
Na drugim piętrze w ciemności zamajaczyła sylwetka. Czarna, rozmyta... i zbyt pewna siebie.
- Witam, ciekawska osóbko. Akurat pora na obiad - wysyczał głos, a z cienia wyłoniła się postać z wystającymi kłami.
- Kim jesteś? - zapytałam ostro, ściskając kamień i miecz.
- Ja? Jestem łowcą. I kocham ludzkie mięso.
Zachichotał. Obrzydzenie ścisnęło mi gardło.
- Znosisz ciała z góry, by się nimi bawić? Na trzecim piętrze też coś jest?
Nie odpowiedział. Oświetliłam jego twarz. Brunet. Kojarzyłam go.
- Gabe? Byłeś na jednej z imprez.
Uśmiechnął się, ale w jego oczach nie było już człowieczeństwa.
- Praktykowałem czary. I wiesz co? Opłacało się. Pan Morgenstern chce chaosu... a ja go uwielbiam.
Wystrzeliłam z ręki promień. Uderzył go prosto w pierś - padł nieprzytomny. Zaciągnęłam go do łańcuchów i skułam.
Ruszyłam na trzecie piętro.
Dziecięce kołyski. Zamarłam. W jednej z nich znajdowały się stwory - identyczne jak te, które nasłał na mnie Valentine. Zareagowały na moją obecność, atakując. Walczyłam zawzięcie, miecz w mojej dłoni stawał się przedłużeniem mojej woli. Kiedy ostatni potwór padł, ruszyłam dalej.
Czwarte piętro. Laboratorium. W kącie - klatka. I... dziecięce szczątki.
Zatrzymałam się, serce biło jak oszalałe. Przeszło mnie zimno, jakiego nigdy wcześniej nie znałam. Gdy telefon zawibrował, aż podskoczyłam. Ręce mi drżały.
- Halo? - wydusiłam, patrząc na drobne kości.
- Słyszałem hałasy. Nic ci nie jest?
- Nie... - zaczęłam, ale wtedy usłyszałam za sobą szmer. Pazury. Kroki. Obróciłam się powoli.
Czarne postacie. Wiele. Jedna z nich... trzymała w ramionach dziecko. Nie starsze niż trzy lata.
- O Boże... - szepnęłam. Telefon wypadł mi z ręki i rozbił się o posadzkę, gdy przerażenie sparaliżowało każdy mięsień mojego ciała.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
Fiksi PenggemarRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
