Alec patrzył na mnie z niedowierzaniem, jakby nie mógł pojąć tego, co właśnie zobaczył.
- Zabierz ją! Idźcie już! - wrzasnęłam, a ból w piersi ścisnął mnie jak stalowa obręcz. Alec ukląkł obok, dotykając mojej dłoni z wahaniem.
- Czekamy przed wyjściem - rzucił cicho i pociągnął Isabell za sobą.
- Oszalałeś? Ona jest ranna! - warknęła na niego, ale nie oponowała dłużej. Zniknęli w korytarzu, a ja zostałam sama.
Wszystko nagle rozbłysło. Jasność eksplodowała w moim ciele, wyrywając ze mnie krzyk. Światło wypełniło pokój niczym fala, niszcząc wszystko na swojej drodze. Zamknęłam oczy, instynktownie broniąc się przed oślepiającym blaskiem. Gdy je otworzyłam - nie było już niczego, co wcześniej znałam. Szyby powybijane, ściany poranione jak po bitwie. Z trudem podniosłam się, chwytając za tył bluzy - rana zniknęła. Poświata też. Było po wszystkim.
Wzięłam miecz i wyszłam z budynku. Za moimi plecami okna naprawiły się same - jakby czas się cofnął. Przeszył mnie dreszcz. W ciele wciąż tliło się mrowienie, niemal elektryczne, drażniące zmysły. Alec podszedł i chwycił mój nadgarstek - wtedy wszystko zniknęło. Nastał Spokój i Cisza.
- Chodźmy stąd - powiedział cicho.
Spojrzałam na niego... i wtedy przeszył mnie nagły ból. Coś wbiło się w moje plecy. Złapałam się za nie - wyciągnęłam scyzoryk. Wypadł mi z dłoni, upadł z brzękiem na bruk. Odwróciłam się. Za nami stali ludzie Valentina. Ich twarze były zimne. Bezlitosne.
- Clary, uciekaj! - krzyknęłam. Jace natychmiast chwycił jej dłoń i ruszył z nią w stronę Instytutu.
Wskazałam głową Izzy, żeby pobiegła za nimi. Alec stanął przy mnie, naciągnął łuk i wypuścił strzałę. Odsunęłam się, stawiając kilka kroków naprzód. Wrogowie się nie cofnęli.
Pomyślałam o mamie.
O bólu.
O stracie.
Ciepło zalało moje ciało - ciche, a potem gwałtowne. Krzyk wyrwał się z moich ust. Z dłoni buchnął ogień - jasny, czysty, anielski. Światło połączyło się z płomieniem, a potem... po mężczyznach nie zostało nic. Tylko popiół.
Upadłam na kolana. Ktoś mnie podniósł, ale nie zdążyłam zobaczyć kto - świat zaczął wirować i zgasł.
---
Ocknęłam się powoli. Powieki miałam ciężkie jak ołów. Leżałam na łóżku w skrzydle szpitalnym. Obok, na sąsiednim materacu, siedział Simon z przyjaciółką. Rysowała Jace'a - jako anioła.
Wstałam, chwiejąc się lekko, i przeszłam obok nich.
- Nocni Łowcy zawsze tak szybko dochodzą do siebie? - zapytał Simon. Czułam od niego dziwną, metaliczną woń - krew?
- Nie zawsze, pa, wampirku.
W kuchni czekała na mnie ich czwórka - Alec, Izzy, Jace... i Magnus. Ten ostatni wyglądał poważniej niż zwykle. Ich spojrzenia przeszyły mnie na wylot.
- Co? - zapytałam, marszcząc brwi.
- Zemdlałaś - powiedział Jace.
- Możliwe - odparłam spokojnie.
- Zbadałem twoją krew - oznajmił Magnus.
- I? - zapytałam.
Podał mi fiolkę. Ciecz w środku była złota i... ciepła.
- Mam złotą krew?
- Masz anielską krew - poprawił mnie Magnus.
- To jakiś nonsens - prychnęła Isabelle. - Może wygląda jak anioł, ale nie ma jego charakteru.
- Ona prędzej przypomina diabła - dodał Jace z przekąsem.
Spojrzałam na Magnusa. Jego wzrok mówił jasno: cisza.
- Musimy im powiedzieć, Rose - odezwał się Alec. Kiwnęłam głową. Rzucił mi kamień. Zamknęłam oczy, myśląc o aniołach i o swoim znaku. Gdy je otworzyłam, kamień lewitował, świecąc wszystkimi barwami światła. Potem delikatnie opadł na blat.
Izzy i Jace wpatrywali się we mnie w osłupieniu.
- Używałaś Niebiańskiego Ognia? - spytał Magnus. Spojrzałam pytająco na Aleca.
- Chyba tak - odpowiedziałam.
- Spróbuj jeszcze raz - ponaglił.
Przypomniałam sobie mamę. Runy rozświetliły się złotem, potem srebrzystym światłem. Z moich dłoni wybuchł jasny płomień.
- Jak to teraz zgasić? - zapytał Jace.
Zamknęłam oczy. Rozluźniłam się. Kiedy znów je otworzyłam - ogień zniknął.
- Trzeba powiadomić Clave - powiedział Alec.
- Chcesz mnie oddać na eksperymenty?! Nigdy! - krzyknęłam.
- Clave i tak się dowie - powiedział Magnus łagodnie. - Ale nie zabiorą cię. Zdam im mój własny raport.
Kiwnęłam głową. Alec i Magnus wyszli, zostawiając mnie z Izzy i Jace'em.
- Nic mi nie powiedziałaś? - zapytała Izzy ze łzami w oczach. - O Magnusie, o tym, że jesteś aniołem... Ufałam ci!
- Nie wiedziałam jak... Nie byłam pewna, kim jestem. Ty miałaś wszystko. Ja... nie miałam nic. Ani rodziny, ani pewności.
Isabelle spoważniała.
- Okłamujesz Aleca? Osób, które cię kochają, się nie okłamuje - dodała cicho.
- Nocni Łowcy są twoją rodziną - powiedział Jace.
- Ty jesteś Nocnym Łowcą. Ja - aniołem. To... chore.
Wybiegłam. Drzwi zamknęły się za mną z hukiem. Usiadłam na murze wokół Instytutu i spojrzałam w niebo pełne gwiazd.
- Czy kiedykolwiek byłam prawdziwa? Dlaczego nie zabrałeś mnie z Idrisu? - wyszeptałam. Cisza.
Poczułam zawód. A może po prostu samotność?
Ale gniew minął. Zamiast tego przyszła myśl... że mogę coś zmienić.
Uśmiechnęłam się. Zeskoczyłam z murku i uniosłam dłonie. Zamknęłam oczy.
Nad Instytutem zaczęły opadać srebrne drobinki - jak śnieg, jak magiczny pył. Patrzyłam na nie z podziwem. To było moje dzieło. Moje światło.
Z Instytutu wyszli Alec i Magnus. Patrzyli w niebo.
- Wszystko załatwione. Jak coś, dzwoń - powiedział Magnus. - Szybko się uczysz. - Stworzył portal i zniknął.
Spojrzałam na Aleca, który wciąż patrzył w górę.
- Chociaż to mi wyszło - powiedziałam.
- Nie tylko to - odparł, spoglądając na mnie z czułością.
- A co jeszcze?
- Jesteś oddana sprawie. Myślisz o innych bardziej niż o sobie. Ryzykujesz dla nas życiem, choć to my powinniśmy chronić ciebie.
Uśmiechnęłam się. Cicho. Szczerze.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
FanficRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
