10

988 39 0
                                        

Udałam się do księgarni. Była zamknięta, wnętrze pogrążone w ciszy i mroku. Przeszklone drzwi odbijały tylko moją zniecierpliwioną twarz.

- Gdzie ty, Luke, mogłeś się podziać... - mruknęłam pod nosem.

I wtedy mnie olśniło. Bar wilków.

Rzuciłam się w tamtym kierunku. Gdy dotarłam na miejsce, przed wejściem stało kilku wilkołaków w ludzkiej postaci. Ich spojrzenia były twarde, pełne niechęci. Jeden z nich, mężczyzna po czterdziestce z kilkudniowym zarostem i blizną przecinającą skroń, uniósł głowę i skrzyżował ręce na piersi.

- Szukam Luke'a - powiedziałam poważnym tonem, nie spuszczając z niego wzroku.

- Nocni Łowcy... zawsze tacy pazerni. Psy Clave - prychnął.

Zmrużyłam oczy.

- Nie należę do Clave. I nie służę im. Tak samo jak wy, wampiry, czarownicy i faerie - chronimy ten świat, choć każdy na swój sposób. Bez nas byłby po prostu... pusty.

Na jego twarzy pojawił się cień zainteresowania.

- Luke jest w środku - powiedział po chwili ciszy, ustępując z drogi.

- Dzięki - rzuciłam, wchodząc do lokalu.

Wnętrze było duszne, pachniało piwem i czymś ziołowym. Przeskanowałam pomieszczenie wzrokiem i dostrzegłam go - siedział w kącie, przy lekko rozchwianym stoliku. Jego twarz była zmęczona, oczy podkrążone.

Usiadłam naprzeciwko niego, nie zwlekając.

- Co oznaczają inicjały "J.C." na szkatułce? Znalazłam w niej blond pukiel włosów, niemowlęce buciki...

Luke uniósł wzrok, a jego brwi ściągnęły się w podejrzliwości.

- Nie tutaj. Poza tym... kim ty właściwie jesteś?

- Jocelyn pewnie o mnie wspominała. Jestem znajomą Magnusa Bane'a - odpowiedziałam szybko. - I dziękuję za ratunek w Dumort.

Spojrzał na mnie uważnie, jakby chciał dostrzec w moich oczach kłamstwo.

- Jak się ma Clary? - spytał, a jego głos zadrżał nieznacznie.

- Trzyma się. Pragnie odnaleźć Jocelyn. Ale potrzebuje twojej pomocy. Przyjdę do księgarni około dziewiątej i przyniosę rzeczy, które zabrałam z jej mieszkania.

Kiwnął głową w milczeniu.

- Mogę ją zobaczyć? - zapytał cicho, z nadzieją.

Zacisnęłam usta.

- Może kiedy indziej. Teraz... jest na ciebie zła. Za to, że kłamałeś. Przed ludźmi Valentine'a.

Jego oczy zwęziły się.

- Skąd wiesz, że kłamałem?

- Po prostu wiem - odparłam i wstałam. - Do jutra.

---

Wyszłam z lokalu, kierując się w stronę Instytutu. Kiedy dzieliła mnie już tylko jedna ulica, zauważyłam coś, co mnie zatrzymało. Alec... kłócił się z Clary. Schowałam się za drzewem i narysowałam runę słuchu. Jej efekt był natychmiastowy.

- Jesteś idiotką! Po co mówiłaś komukolwiek?! - wrzeszczał Alec. - Musiałaś coś palnąć, głupia przyziemna!

Clary była roztrzęsiona.

- Nie wiedziałam, że ucieknie! - broniła się.

- Jeśli coś jej się stanie, to będzie tylko i wyłącznie twoja wina!

- Nie! - jej głos był ostry, zdesperowany.

- Nie będę się z tobą kłócił. Ty ruda...

Wyszłam zza drzewa. Przeszłam przez ulicę i spojrzałam na nich ostro. Clary była czerwona na twarzy, oczy jej błyszczały - ze złości, albo łez.

- Wszystko w porządku? - zapytałam, przenosząc wzrok z niej na Aleca.

- Idę do środka - burknęła Clary, nie patrząc na mnie. - Już nic nie wspomnę. - Jej ton był lodowaty.

Kiedy zniknęła w drzwiach Instytutu, spojrzałam na Aleca.

- Wiem, że jest irytująca. Ale jest jedną z nas. Nie przyziemną. Czas dorosnąć, Lightwood.

Odwróciłam się i bez słowa weszłam do środka. Minęłam Jace'a, który przyglądał mi się dziwnie, z podejrzliwością w oczach. Zignorowałam go. Weszłam do swojego pokoju, przekręciłam klucz i od razu poszłam się wykąpać.

Zasnęłam niemal od razu.

---

Obudziło mnie pukanie. Głośne, uparte. Zerknęłam na zegarek - siódma rano. Westchnęłam ciężko i szybko się przebrałam, związałam włosy w niedbałą kitkę. Otworzyłam drzwi. Przede mną stał Jace.

Chciał coś powiedzieć, ale go uprzedziłam:

- Wiem, zaspałam. Już idę do Izzy...

- Isabella śpi. Nie macie dziś treningu - odpowiedział zbyt spokojnie.

Zmarszczyłam brwi.

- To po co mnie budzisz?

Jego twarz była zmęczona, oczy przekrwione, jakby nie spał całą noc. Wpatrywał się we mnie intensywnie, aż poczułam niepokój.

- Musimy porozmawiać. O Clary.

Rozejrzał się nerwowo po korytarzu. Otworzyłam drzwi szerzej, wpuszczając go do środka.

- No więc? - zapytałam, krzyżując ramiona. - Co z Clary?

- Powiedziała mi o tobie. I o tym, co Alec jej wyznał... zanim weszłaś do Instytutu. Wtedy poczułem coś dziwnego...

- Runa Parabatai - westchnęłam. - Powinieneś o tym porozmawiać z Aleciem, nie ze mną.

Jace spiął się nagle, a jego głos stał się twardy.

- Odkąd się tu pojawiłaś, mamy same problemy. Twoje nocne wypady do Magnusa, twoje sekrety...

- Spierdalaj, Wayland. Nie mam ochoty na to gówno...

- Oczywiście. Najlepiej unikać tematu - rzucił z pogardą. - Typowe.

- Dla ciebie! A teraz wypierdalaj!

W tym momencie drzwi się otworzyły i wszedł Alec.

- Widzisz?! - warknęłam. - Ma wyczucie czasu...

Bez słowa wypchnęłam obu na korytarz, po czym trzasnęłam drzwiami. Przekręciłam zamek i opadłam na krzesło przed toaletką.

---

Do spotkania z Lukiem zostały mi trzy godziny. Zaczęłam się szykować - lekki makijaż, dżinsy, liliowy top, białe sneakersy. Zerkając na zegarek - ósma rano. Jeszcze półtorej godziny.

Posprzątałam pokój. Potem zeszłam do kuchni. Na szczęście - pusto. Wypiłam łyk soku, przegryzłam ostatni kawałek kanapki i zmyłam po sobie.

Dziewiąta dwadzieścia. Sięgnęłam po stele i przeciągnęłam nią po przedramieniu. Runa zniknęła w mig. Schowałam ją i ruszyłam do wyjścia. W holu natknęłam się na Hodge'a, Marysę i Roberta Lightwooda.

- Rose - odezwał się starzec.

- Dzień dobry - odparłam, zatrzymując się.

- Clave zwołało dziś zebranie enklawy. Tu, w Nowym Jorku.

Skinęłam głową i chciałam ruszyć dalej, ale Robert zatrzymał mnie wzrokiem.

- Nie możesz opuścić Instytutu aż do wieczornego zebrania.

Skrzywiłam się.

Nocna ŁowczyniOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz