Pojawiłam się w białym pokoju. Przede mną, niemal jak zjawa ze światła, stał Anioł - ten sam, którego uwolniłam.
- Uważaj - usłyszałam w głowie.
- Jonathan? To ty? - zapytałam niepewnie.
- Nie, to ja - odpowiedział Anioł, wskazując na siebie. Jego głos był jak echo w przestrzeni, dźwięk bez dźwięku. - Anioły porozumiewają się telepatycznie.
- A więc dlaczego mogę w ten sposób rozmawiać z Jonathanem? - zapytałam z zaciekawieniem, marszcząc brwi.
- Niektóre demony również posiadły tę zdolność - wyjaśnił spokojnie.
Rozejrzałam się wokół, biel pomieszczenia zaczęła mnie przytłaczać.
- Co ja tutaj robię? - zapytałam, czując narastające napięcie.
- Wkrótce staniesz przed trudnym wyborem. Pamiętaj, że błędna decyzja będzie cię drogo kosztować - powiedział cicho, lecz jego słowa odbiły się we mnie jak grzmot. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu.
- Dlaczego ojciec mi tego nie powiedział? - dopytałam, czując złość i zawód.
- Spotkasz go, gdy nadejdzie czas wyboru. Wierzy, że postąpisz słusznie.
- Chodzi o Jonathana? To on będzie tym wyborem?
Anioł zamilkł, a potem wypowiedział słowa, które zapamiętam na zawsze:
- Valentine, Clary i Jace. To spośród nich zdecydujesz, kto zginie.
Zanim zdążyłam zareagować, obraz zniknął. Nagle znalazłam się nad jeziorem Lie, w miejscu, którego nigdy nie chciałam zobaczyć ponownie.
- To tutaj spełni się to, czego się boisz - powiedział Anioł, tym razem z powagą, która niemal sparaliżowała powietrze.
- Jak się czujesz? - zapytałam, próbując zmienić temat.
- Dobrze. Jestem teraz zastępcą twojego ojca.
- Kim on jest... jeśli ty jesteś Gabriel?
- Raziel.
Jego imię zawisło w powietrzu jak błyskawica. Anioł dotknął delikatnie mojego policzka, a ja...
Obudziłam się z krzykiem.
Oddychałam ciężko, jakbym wynurzyła się z głębokiej wody. Ktoś zaczął walić do drzwi.
Szybko zarzuciłam na siebie szlafrok i podeszłam do zamka. Przekręciłam klucz - drzwi otworzyły się gwałtownie. W progu stał Alec, jak zwykle poważny.
- Valentine próbował uciec. Konsul chce cię widzieć - powiedział.
Obok pojawiła się Isabelle, z troską w oczach.
- Słyszałam krzyk. Co się stało?
- Koszmar, nic takiego - rzuciłam szybko i podeszłam do szafy. Wyciągnęłam spodnie, pas na broń, krótką bluzkę. Przebrałam się w łazience, związałam włosy w wysoką kitkę i poprawiłam makijaż. Po chwili wróciłam, zakładając kurtkę i chowając do niej stele oraz sztylet.
- Dobra. Idę do konsul - oznajmiłam, wzdychając.
- Ktoś powinien cię pilnować - odezwał się Alec.
Spojrzałam na niego ostro.
- Isabelle powiedziała, że źle się czułaś...
- Już mi lepiej - uśmiechnęłam się do niego sztucznie.
- Rose... - zaczęła Izzy, ale wyszłam z pokoju, nie oglądając się za siebie.
- Rose! - krzyczeli za mną, lecz ja po prostu opuściłam ich dom.
---
Dotarłam do siedziby Clave. Strażnicy nocnych łowców przepuścili mnie bez słowa. Zapukałam do drzwi gabinetu.
- Proszę - rozległ się głos.
Weszłam. Konsul siedziała przy biurku, przyglądając mi się uważnie.
- Usiądź. Mam kilka pytań.
Usiadłam naprzeciwko niej, zachowując spokój.
- Czy wiesz, kim naprawdę jest Jace Wayland?
- To nie syn Waylanda. Najprawdopodobniej to dziecko blondynki, która popełniła samobójstwo będąc w ciąży. Valentine eksperymentował na jej dziecku, wstrzykując mu anielską krew - powiedziałam bez zawahania.
- A więc kim on jest?
- Synem kobiety, która zginęła, zanim on się urodził.
- Skąd to wiesz?
- Śledziłam działania Kręgu od początku. Valentine wychował Jace'a. Matka nie żyje, ojciec również.
- Rozpoznałabyś ojca dziecka?
- Tak. Potrzebuję akt zgonów nocnych łowców z tamtego okresu.
- Zostaną ci dostarczone do rezydencji za godzinę - powiedziała, po czym dodała:
- Valentine chce cię zobaczyć. Mówił coś o „trójce jako liczbie idealnej". Coś ci to mówi?
- Nie... ale mogę się z nim zobaczyć. Sam na sam.
- Tylko dzięki twojej barierze nie uciekł. Jesteśmy ci wdzięczni - dodała z lekkim uśmiechem.
Skinęłam głową.
---
Zeszłyśmy do podziemi. Przy drzwiach czekało kilkunastu strażników. Za grubą szybą, w izolatce, siedział Valentine. W kajdanach, z kaftanem krępującym ruchy.
Złapałam za klamkę.
- Ostrożnie - rzuciła konsul.
Weszłam do środka. Drzwi zatrzasnęły się za mną.
- Przyszłaś. Świetnie - uśmiechnął się Valentine, ale łańcuchy nie pozwoliły mu podejść bliżej.
- Czego chcesz?
- Tak oficjalnie? - roześmiał się. - Przecież mogłaś mnie zabić.
- I byłby to zaszczyt - syknęłam, krzyżując ramiona.
- Kiedy się wydostanę, zniszczę Podziemie. Zginie Luke, Magnus... zostaną tylko ci, którzy do mnie dołączą.
- Dopóki żyję, ci ludzie będą bezpieczni.
- Ten wisiorek... dałem go Jocelyn. Znalazłaś go? A może dostałaś go od samego diabła?
Nie odpowiedziałam. Oddychałam głęboko, walcząc z narastającym gniewem.
- Rozmawiałam z Gabrielem - powiedziałam w końcu. - I z Razielem.
- Ha! Twoja matka miała dziwny gust. Uwielbiała świętoszków. A ty? Ciemność cię wchłonie, Rose.
Nie wytrzymałam. Uderzyłam go w twarz. Krew popłynęła z jego ust.
- To kwestia czasu - szepnął z uśmiechem.
- Nie dam zniszczyć Podziemia, nawet jeśli Clave mi nie pomoże.
- Lepiej uważaj. Podsłuchują. Jeszcze ci runy zdejmą - zaśmiał się.
- Wtedy sami wywołają wojnę.
Opuściłam pomieszczenie. Konsul pożegnała mnie skinieniem głowy. Gdy wychodziłam na zewnątrz, minęłam się z Clary i Jocelyn.
- Widzimy się rano, w małej chatce za lasem - odezwał się głos w mojej głowie.
Kiwnęłam tylko głową.
---
W rezydencji Lightwoodów zastałam Aleca i Isabelle w kuchni.
- I jak było? - zapytała Izzy.
- Konsul miała przysłać dokumenty...
- Już są. Cała masa - mruknęła. - Po co ci to?
- Mam znaleźć prawdziwych rodziców Jace'a.
- Potrzebujesz pomocy? - spytał Alec.
- Potrzebuję kawy i spokoju - odparłam.
Alec skinął głową i wstawił wodę.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
FanfictionRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
