37

412 23 0
                                        

Pojawiłam się w białym pokoju. Przede mną, niemal jak zjawa ze światła, stał Anioł - ten sam, którego uwolniłam.

- Uważaj - usłyszałam w głowie.

- Jonathan? To ty? - zapytałam niepewnie.

- Nie, to ja - odpowiedział Anioł, wskazując na siebie. Jego głos był jak echo w przestrzeni, dźwięk bez dźwięku. - Anioły porozumiewają się telepatycznie.

- A więc dlaczego mogę w ten sposób rozmawiać z Jonathanem? - zapytałam z zaciekawieniem, marszcząc brwi.

- Niektóre demony również posiadły tę zdolność - wyjaśnił spokojnie.

Rozejrzałam się wokół, biel pomieszczenia zaczęła mnie przytłaczać.

- Co ja tutaj robię? - zapytałam, czując narastające napięcie.

- Wkrótce staniesz przed trudnym wyborem. Pamiętaj, że błędna decyzja będzie cię drogo kosztować - powiedział cicho, lecz jego słowa odbiły się we mnie jak grzmot. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu.

- Dlaczego ojciec mi tego nie powiedział? - dopytałam, czując złość i zawód.

- Spotkasz go, gdy nadejdzie czas wyboru. Wierzy, że postąpisz słusznie.

- Chodzi o Jonathana? To on będzie tym wyborem?

Anioł zamilkł, a potem wypowiedział słowa, które zapamiętam na zawsze:

- Valentine, Clary i Jace. To spośród nich zdecydujesz, kto zginie.

Zanim zdążyłam zareagować, obraz zniknął. Nagle znalazłam się nad jeziorem Lie, w miejscu, którego nigdy nie chciałam zobaczyć ponownie.

- To tutaj spełni się to, czego się boisz - powiedział Anioł, tym razem z powagą, która niemal sparaliżowała powietrze.

- Jak się czujesz? - zapytałam, próbując zmienić temat.

- Dobrze. Jestem teraz zastępcą twojego ojca.

- Kim on jest... jeśli ty jesteś Gabriel?

- Raziel.

Jego imię zawisło w powietrzu jak błyskawica. Anioł dotknął delikatnie mojego policzka, a ja...

Obudziłam się z krzykiem.

Oddychałam ciężko, jakbym wynurzyła się z głębokiej wody. Ktoś zaczął walić do drzwi.

Szybko zarzuciłam na siebie szlafrok i podeszłam do zamka. Przekręciłam klucz - drzwi otworzyły się gwałtownie. W progu stał Alec, jak zwykle poważny.

- Valentine próbował uciec. Konsul chce cię widzieć - powiedział.

Obok pojawiła się Isabelle, z troską w oczach.

- Słyszałam krzyk. Co się stało?

- Koszmar, nic takiego - rzuciłam szybko i podeszłam do szafy. Wyciągnęłam spodnie, pas na broń, krótką bluzkę. Przebrałam się w łazience, związałam włosy w wysoką kitkę i poprawiłam makijaż. Po chwili wróciłam, zakładając kurtkę i chowając do niej stele oraz sztylet.

- Dobra. Idę do konsul - oznajmiłam, wzdychając.

- Ktoś powinien cię pilnować - odezwał się Alec.

Spojrzałam na niego ostro.

- Isabelle powiedziała, że źle się czułaś...

- Już mi lepiej - uśmiechnęłam się do niego sztucznie.

- Rose... - zaczęła Izzy, ale wyszłam z pokoju, nie oglądając się za siebie.

- Rose! - krzyczeli za mną, lecz ja po prostu opuściłam ich dom.

---

Dotarłam do siedziby Clave. Strażnicy nocnych łowców przepuścili mnie bez słowa. Zapukałam do drzwi gabinetu.

- Proszę - rozległ się głos.

Weszłam. Konsul siedziała przy biurku, przyglądając mi się uważnie.

- Usiądź. Mam kilka pytań.

Usiadłam naprzeciwko niej, zachowując spokój.

- Czy wiesz, kim naprawdę jest Jace Wayland?

- To nie syn Waylanda. Najprawdopodobniej to dziecko blondynki, która popełniła samobójstwo będąc w ciąży. Valentine eksperymentował na jej dziecku, wstrzykując mu anielską krew - powiedziałam bez zawahania.

- A więc kim on jest?

- Synem kobiety, która zginęła, zanim on się urodził.

- Skąd to wiesz?

- Śledziłam działania Kręgu od początku. Valentine wychował Jace'a. Matka nie żyje, ojciec również.

- Rozpoznałabyś ojca dziecka?

- Tak. Potrzebuję akt zgonów nocnych łowców z tamtego okresu.

- Zostaną ci dostarczone do rezydencji za godzinę - powiedziała, po czym dodała:

- Valentine chce cię zobaczyć. Mówił coś o „trójce jako liczbie idealnej". Coś ci to mówi?

- Nie... ale mogę się z nim zobaczyć. Sam na sam.

- Tylko dzięki twojej barierze nie uciekł. Jesteśmy ci wdzięczni - dodała z lekkim uśmiechem.

Skinęłam głową.

---

Zeszłyśmy do podziemi. Przy drzwiach czekało kilkunastu strażników. Za grubą szybą, w izolatce, siedział Valentine. W kajdanach, z kaftanem krępującym ruchy.

Złapałam za klamkę.

- Ostrożnie - rzuciła konsul.

Weszłam do środka. Drzwi zatrzasnęły się za mną.

- Przyszłaś. Świetnie - uśmiechnął się Valentine, ale łańcuchy nie pozwoliły mu podejść bliżej.

- Czego chcesz?

- Tak oficjalnie? - roześmiał się. - Przecież mogłaś mnie zabić.

- I byłby to zaszczyt - syknęłam, krzyżując ramiona.

- Kiedy się wydostanę, zniszczę Podziemie. Zginie Luke, Magnus... zostaną tylko ci, którzy do mnie dołączą.

- Dopóki żyję, ci ludzie będą bezpieczni.

- Ten wisiorek... dałem go Jocelyn. Znalazłaś go? A może dostałaś go od samego diabła?

Nie odpowiedziałam. Oddychałam głęboko, walcząc z narastającym gniewem.

- Rozmawiałam z Gabrielem - powiedziałam w końcu. - I z Razielem.

- Ha! Twoja matka miała dziwny gust. Uwielbiała świętoszków. A ty? Ciemność cię wchłonie, Rose.

Nie wytrzymałam. Uderzyłam go w twarz. Krew popłynęła z jego ust.

- To kwestia czasu - szepnął z uśmiechem.

- Nie dam zniszczyć Podziemia, nawet jeśli Clave mi nie pomoże.

- Lepiej uważaj. Podsłuchują. Jeszcze ci runy zdejmą - zaśmiał się.

- Wtedy sami wywołają wojnę.

Opuściłam pomieszczenie. Konsul pożegnała mnie skinieniem głowy. Gdy wychodziłam na zewnątrz, minęłam się z Clary i Jocelyn.

- Widzimy się rano, w małej chatce za lasem - odezwał się głos w mojej głowie.

Kiwnęłam tylko głową.

---

W rezydencji Lightwoodów zastałam Aleca i Isabelle w kuchni.

- I jak było? - zapytała Izzy.

- Konsul miała przysłać dokumenty...

- Już są. Cała masa - mruknęła. - Po co ci to?

- Mam znaleźć prawdziwych rodziców Jace'a.

- Potrzebujesz pomocy? - spytał Alec.

- Potrzebuję kawy i spokoju - odparłam.

Alec skinął głową i wstawił wodę.

Nocna ŁowczyniOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz