Po pewnym czasie dostrzegłam cień męskiej sylwetki. W jednej chwili w mojej dłoni zapłonął ogień - instynktowna reakcja. Gdy jednak obróciłam się i rozpoznałam Parabatai, płomień zgasł tak nagle, jak się pojawił. Kilka osób przyglądało mi się z mieszaniną zdziwienia i niepokoju.
- Zaczyna się - powiedziała cicho Isabelle, spoglądając na mnie spod zmarszczonych brwi.
- Miejmy to za sobą - odparłam, podnosząc się i ruszając w stronę sali. Wszyscy już zajęli miejsca, a konsul wezwała mnie gestem do barierki.
Wstałam powoli, czując na sobie dziesiątki oczu. Podeszłam do podestu i ujęłam w dłoń Miecz Anioła. Jego ciężar był znajomy, niemal pocieszający.
- Czy są jakieś postępy? - zapytała konsul z kamienną twarzą.
- Valentine posiada moc Kielicha. Tworzy nowych Nocnych Łowców - odpowiedziałam rzeczowo.
- To już wiemy! - krzyknął ktoś z tłumu.
- Przymknij się, staruchu - syknęłam zirytowana - jeszcze nie skończyłam.
Spojrzałam z powrotem na konsul.
- Morgenstern był niedawno w Nowym Jorku.
- Spotkała go pani? - zapytała z napięciem.
- Niezupełnie - odparłam chłodno.
- Co to znaczy?
- Wysłał na mnie swoich ludzi.
- Po co? Chcieli panią porwać?
- Nie - uśmiechnęłam się krzywo - chcieli mnie zabić. W sumie... nie dziwię im się.
Na sali zapanowała cisza. Przełknęłam ślinę i dodałam:
- Chciałabym poprosić o dodatkowy tydzień na jego schwytanie.
Zapanowała chwila milczenia, po czym konsul odparła surowym tonem:
- Trzy dni. Nie więcej.
- Jak chcecie - wzruszyłam ramionami. - I tak go przyprowadzę.
- Skąd może wiedzieć, gdzie on jest?! - krzyknął kolejny głos z tłumu.
- Sam po mnie przyjdzie, gbury - odpowiedziałam z pewnością w głosie.
- Uważaj na słownictwo, panno Williams - upomniała mnie konsul.
W jej stronę posłałam lodowate spojrzenie.
- Nazywam się Rosemarie Gold. I dla waszej informacji - odkryłam to niemal sama. Wy mieliście to... gdzieś.
- Zabierzcie ją - rozkazała nagle.
Obok mnie otworzył się portal.
- Do zobaczenia - rzuciłam i bez wahania wskoczyłam w magiczne przejście.
Wylądowałam tuż przed posiadłością Waylandów. Cisza. Cień. Wnętrze pachniało kurzem i magią. W środku, oparty o ścianę, stał Jonathan.
Minęłam go bez słowa, kierując się do ogromnej biblioteki.
- Nawet nie podziękujesz? - zapytał z uśmiechem.
- Nie - odpowiedziałam sucho.
Coś przyciągało mnie do jednej z półek. Wyciągnęłam książkę, a stojąca za nią szafka przesunęła się z cichym zgrzytem. Zrobiłam krok w tył - i wpadłam prosto na Jonathana.
- Uważaj - mruknął, opierając dłonie na mojej talii.
Westchnęłam i ruszyłam w dół stromych schodów. Buty nie pomagały, a grawitacja zdawała się być moim wrogiem. Jonathan pomógł mi utrzymać równowagę. Trzymałam się jego dłoni, aż dotarliśmy na dół.
Tam, wśród cieni, zobaczyłam Anioła - zniewolonego, z klęczącym przy nim Valentine'em. Jonathan zniknął.
- Zabieram cię stąd - szepnęłam.
Moje skrzydła rozwinęły się z cichym szelestem. Dotknęłam łańcucha - ten natychmiast się stopił. Anioł spojrzał mi w oczy.
„Dziękuję."
Ziemia zadrżała. Gdy wyprostował skrzydła, Valentine został spętany przez magiczne łańcuchy. Budynek zaczął się walić. Pochwyciłam go i wzbiłam się w powietrze, a za moimi plecami posiadłość runęła z hukiem.
- Czas na zemstę, Valentine - szepnęłam, lądując tuż przed salą.
- Popełniasz błąd - wysyczał.
- Zamknij się - syknęłam.
Weszłam do środka, ciągnąc go za sobą. Wszyscy zamilkli, patrząc na nas jak na zjawy.
- Jonathan cię zniszczy - mruknął, ledwo powstrzymując śmiech.
- Trudno - wzruszyłam ramionami.
Twarz Clary zamarła w wyrazie szoku. Jocelyn zbladła. Konsul uniosła brwi.
- Proszę bardzo. Macie go - pchnęłam Valentine'a na środek sali.
„Ucieknie za kilka dni, aniołku."
„Nie szkodzi."
Schowałam skrzydła. Valentine podniósł się z kolan. Podeszłam do barierki, chwyciłam miecz i podałam mu go.
- Czy Jace to twój biologiczny syn? - zapytałam prosto.
Spojrzał na mnie z wściekłością.
- Nie! - warknął.
- Więc czemu go tak nazywasz?
- Bo go wychowałem!
Odebrałam mu miecz i odwróciłam się.
- Możecie go zabrać. Tylko to chciałam wiedzieć - rzuciłam spokojnie.
Valentine uśmiechnął się jak drapieżnik.
- I tak zginiesz!
- I vice versa - odpowiedziałam chłodno. Płomień zapłonął pod jego nogami, tworząc magiczny krąg.
- On jest gorszy ode mnie! - syknął.
- Uczeń przerósł mistrza. Nie dziwi mnie to - spojrzałam na konsul. Ta przetarła oczy i skinęła głową, dając znak, bym usiadła.
- Instytut w Nowym Jorku wywiązał się z zadania. Valentine Morgenstern został schwytany - oznajmiła.
Usiadłam między Alekiem a Isabelle.
- Jak to zrobiłaś? - szepnął Alec.
- Nie ciesz się za wcześnie - odpowiedziałam cicho.
- O co chodzi?
- On w każdej chwili może uciec - powiedziałam, nie odrywając wzroku od centrum sali.
- Panna Gold dostarczyła Valentine'a. Przesłuchamy go jeszcze dziś w nocy. To wszystko na dziś. Proszę, aby opiekunowie instytutu pozostali. Reszta może się rozejść.
Wstałam bez słowa i wyszłam. Usiadłam przy fontannie. Woda spływała cicho, jakby próbując uciszyć myśli.
Słowa Valentine'a wracały do mnie jak echo.
„On jest gorszy ode mnie."
Może i był... Ale przy mnie stawał się lepszy. I ja też się zmieniałam. On wpływał na mnie tak samo, jak ja na niego. Czułam coś... coś więcej. Ale nie umiałam tego nazwać. Wszystko było takie... poplątane.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
Fan-FictionRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
