Wszyscy patrzyli - raz na mnie, raz na ciało leżące na ziemi. Cisza była gęsta jak mgła.
- Co to za hałasy? - odezwała się konsul, wychodząc z budynku. Jej wzrok spoczął na martwym chłopaku, potem przesunął się na mnie. - Panno Gold, wzywam panią do porządku.
„Nie zdąży..." - zachichotał głos w mojej głowie. Rozejrzałam się gwałtownie, szukając źródła.
- Do mojego gabinetu. Natychmiast. Reszta - rozejść się - rozkazała surowo.
- Nie! - warknęłam. W mgnieniu oka uniosłam rękę, a niebiański ogień buchnął z mojej dłoni, tworząc wokół niej ochronny krąg. Sekundę później w jego pole uderzyła strzała, która - gdyby nie tarcza - rozszarpałaby jej pierś.
Konsul cofnęła się gwałtownie, blada jak kreda.
- Rose, co tu się, do cholery, dzieje?! - zapytała Lydia, patrząc to na mnie, to na zwęglone zwłoki.
- Oni tu są - powiedziałam cicho, nie odrywając wzroku od ciała.
- Kto?! - dopytywał Alec, ale nie odpowiedziałam. Odwróciłam się.
I wtedy... on się pojawił. Jakby wyrósł spod ziemi - demon, identyczny jak ten z opuszczonego budynku. Wysoki, poruszający się z niepokojącą lekkością, z twarzą, której nie dało się zapamiętać. Jedynie oczy - czarne, puste.
- Królowa piekła - warknął. - Przegoniłaś samego diabła, ale z nami nie wygrasz. - Pchnął mnie z łatwością na kamienny mur instytutu. Upadłam, syknęłam z bólu, ale zaraz się podniosłam.
Zbliżał się do moich przyjaciół.
- Weź mnie! - krzyknęłam. - Zabij, jeśli musisz, ale zostaw ich!
Zatrzymał się. Odwrócił głowę, uśmiechając się złośliwie.
- Jak sobie życzysz.
- Rose, nie! - krzyknęła Izzy. Lydia chwyciła ją za ramię, by ją powstrzymać.
- Zamknij się. Córka Raziela skończy martwa - rzucił demon, a jego głos przyprawił wszystkich o ciarki.
Spojrzałam w niebo. Zachmurzyło się gwałtownie. Z dłoni wypadł mi scyzoryk, który ścisnęłam wcześniej z całej siły.
- Del polvo que subiste, en el polvo serás peloteado... - wyszeptałam, rozkładając ramiona i sięgając po moc. - Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz.
Demon zawył. Rzucił się na mnie, a ja zamknęłam oczy i powtórzyłam zaklęcie głośniej. Moja moc eksplodowała.
Huk.
Gdy otworzyłam oczy - został po nim tylko popiół. Spojrzałam na wszystkich - smutno się uśmiechnęłam... i upadłam, chwytając się za zakrwawiony sweter. Oczy same mi się zamknęły. Czułam, jak tracę przytomność.
---
Ból głowy. Silny, rozdzierający.
Zobaczyłam fotel. Na nim dziecko, przypięte pasami. Mignęły mi kontenery i feaelia o fioletowych oczach. Rzuciłam się do przodu, budząc się gwałtownie. Przewróciłam się razem z Simonem, który najwyraźniej próbował mnie powstrzymać.
- Coś się stało - wyszeptałam. - Oni kogoś mają... - Spojrzałam na swój brudny od krwi sweter. - O Boże... to moja wina...
- O czym ty mówisz? - spytał zdezorientowany Simon.
- Max! Gdzie jest Max?! - serce mi waliło.
- Alec i Izzy go szukają. Nie widzieliśmy go cały dzień - odpowiedział.
- Porwali go - syknęłam, wściekła. Wybiegłam z sali i wpadłam do zbrojowni. Izzy była tam już wcześniej.
Zerwałam ze ściany pas z bronią, ścisnęłam włosy w ciasny koński ogon.
- Rose, co się dzieje?! Wyjaśnisz mi-
- Nie teraz. Mają Maxa - powiedziałam stanowczo. Do pomieszczenia wbiegli Simon i Rafael.
Otworzyłam portal. Płomienie odbijały się od ostrza, które trzymałam.
- Idziecie czy nie?! - zawołałam przez zaciśnięte zęby. Drżała mi ręka. Spojrzeli po sobie. Weszłam pierwsza, oni zaraz za mną. Trafiliśmy do magazynów.
- Co tu robimy? - spytał Simon.
- Słuchajcie. Każdego dźwięku - rzuciłam, podając Izzy miecz. - Mają Maxa.
Weszłam głębiej, prowadzona instynktem. Przed nami było wejście. Wysadziłam drzwi. W środku - demony. Rzuciłam w nie ogniem. Rozpłynęły się w płomieniach.
Znalazłam Maxa - leżał przywiązany do łóżka. Razem z Izzy rozwiązaliśmy jego pasy. Wzięła go na ręce, a Rafael i Simon obezwładnili trójkę oprawców: faealię, człowieka i szamana.
Otworzyłam portal. Znaleźliśmy się z powrotem w holu Instytutu.
Wszyscy patrzyli. Strach, niedowierzanie, ulga.
- Max! - krzyknął Alec, podbiegając. Chwycił brata w ramiona.
- Gdzie był?! - spytał Izzy.
- Porwali go - odpowiedziała, zerkając na schwytanych. - Rose ich znalazła.
- Panno Gold - odezwała się konsul. - Zapraszam do mojego gabinetu.
Spojrzałam na nią, obok niej stał Jace. Ruszyliśmy razem.
W bibliotece usiadłam ciężko w fotelu. Konsul była lodowata, Jace - zbyt poważny.
- Kto zaatakował Instytut? Kto porwał najmłodszego Lightwooda? - zapytała, wbijając we mnie spojrzenie.
- Em... - zaczęłam, ale w głowie znów odezwał się głos.
„To nie koniec. Ona tego nie zostawi. Zraniłaś jej dziecko."
Zmarszczyłam brwi, rozejrzałam się. Jace też coś usłyszał.
- Nie unikaj odpowiedzi - ponagliła konsul.
- Bez prawnika nie powie nic - obok mnie pojawił się Magnus. Perfekcyjne wyczucie czasu.
- Magnus, ona musi-
- Nic nie musi. Od ponad roku jest pod moją opieką, dostajecie raporty. Robi postępy - uniósł głos.
- Spokojnie - powiedziałam cicho. - Doprowadzę się do porządku i wrócę za godzinę.
Konsul patrzyła na mnie twardo.
- Kto to był?
- Nie wiem - zakaszlałam krwią. - Nie znam ich.
„Poznamy się, aniołku." - kobiecy głos rozbrzmiał mi w głowie. Chwyciłam się za skronie.
- Mam przejebane - wymamrotałam, ocierając usta rękawem.
- Co? - spytał Jace.
- Zmieniłam zasady. I teraz... mszczą się - odpowiedziałam, próbując wstać. Magnus mnie przytrzymał.
- Wracamy za godzinę - powiedział poważnie, teleportując nas do siebie. - Co ci jest?
- Łap mnie - szepnęłam. Świat zawirował. Czerń zalała mi oczy.
---
Obudziłam się w swoim pokoju. Telefon na nocnym stoliku - 7:00 rano. Ale... wczorajsza data. Czy to wszystko był sen?
Może. A może - jak bywało wcześniej - proroczy koszmar.
Wstałam. Ubrałam się w czarny T-shirt i dżinsy. Zapięłam pas z bronią. Włosy związałam w ciasny kucyk. Ruszyłam do pokoju Sebastiana.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
FanfictionRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
