Pojawiłam się na placu w Idrisie. Był przepełniony demonami - ich wrzaski zagłuszały nawet własne myśli. Bruk był czerwony od krwi, ciała leżały bezwładnie, niczym porzucone lalki. W powietrzu unosił się odór śmierci i siarki.
Nagle, tuż przede mną, wyrósł demon. Nie zdążył nawet unieść pazurów - rozpłynął się w obłoku dymu, trafiony strzałą. Odwróciłam się gwałtownie.
Stał tam Alec.
Ulga zalała mnie nagle, tak silna, że kolana na moment ugięły się pod moim ciężarem. Serce zabiło szybciej - widok jego niebieskich oczu sprawił, że wszystko inne zniknęło. Był cały. Żył.
- Niech wszyscy sojusznicy Nocnych Łowców zostaną objęci ochroną - wyszeptałam, rzucając na bruk niebiański ogień.
Demony syczały i rozpadały się przy każdym zetknięciu z płomieniami. Nim któryś zdążył mnie dosięgnąć, zniknęłam i pojawiłam się nad Jeziorem Lin.
Zamarłam.
Na brzegu leżało bezwładne ciało Jace'a, a obok niego Clary - klęcząca, zapłakana, roztrzęsiona. Jej ramiona drżały, jakby próbowała objąć jego duszę, nie ciało.
Seraficki miecz pojawił się w moich dłoniach. Zimny, ciężki. Skierowałam go ku Valentine'owi.
- Zabiję cię - warknęłam, rzucając się na niego.
Walczyliśmy długo, ostrze uderzało o ostrze, krew mieszała się z błotem i magią. W końcu, z wyrazem pogardy na ustach, Valentine runął na ziemię. Kucnęłam przy nim.
- Jonathan cię zniszczy... on nie potrafi kochać - wyszeptał ostatkiem sił. Jego powieki opadły. Martwy.
Wstałam. Spojrzałam na Clary, która w dłoniach trzymała Kielich.
- Razielu... wzywam cię - zaczęła drżącym głosem, ale nic się nie wydarzyło. Spojrzała na mnie zrozpaczonym wzrokiem. - Dlaczego to nie działa?!
- Ty jesteś jego krwią. Ja zabiłam Valentine'a. Życzenie spadło na nas obie - powiedziałam cicho, kładąc dłonie na jej. - Musimy powiedzieć to razem.
- Razielu, wzywamy cię! - zawołałyśmy równocześnie.
Nad jeziorem rozbłysło światło. Z cichego trzepotu skrzydeł wyłonił się Anioł.
- Jakie życzenie chcecie spełnić? - zapytał, patrząc na nas z zaskoczeniem i łagodną powagą.
- Chcę, żeby Jace wrócił - wyszeptała Clary.
Anioł spojrzał na mnie.
- Ja też tego chcę - dodałam. Jezioro rozbłysło jeszcze silniej, a potem... wszystko ucichło.
Jace drgnął. Wciągnął gwałtownie powietrze. Clary rzuciła się do niego, krzycząc jego imię, szlochając z radości.
Ja... opadłam na kolana. Woda oblała mnie po kostki, ale nie czułam zimna. Tylko pustkę i zmęczenie.
- Gdzie jest Rose?! - dobiegł mnie nagle męski głos. - Widzieliście ją?
- Ona była... Rose! - krzyknęła Clary.
Zamknęłam oczy. Pozwoliłam, by ciemność mnie objęła.
W tej chwili ujrzałam ojca. Stał przede mną, taki, jakim go zapamiętałam.
- Witaj, córko - powiedział łagodnie. - Jestem z ciebie dumny. Kocham cię, ale... - Jego sylwetka zaczęła się rozmywać. - To nie twój czas.
Obraz zniknął.
Otworzyłam oczy, obracając się na bok i wypluwając wodę. Kaszlałam, próbując złapać oddech. Gdy płuca w końcu zaczęły pracować, położyłam się na plecach i zakryłam twarz dłonią.
- Oddycha? - usłyszałam znajomy głos.
Odsunęłam dłoń i zobaczyłam Jace'a klęczącego obok mnie, Aleca i Magnusa stojącego nieopodal, przy Clary i Isabelle.
- Jace! - krzyknęłam, obejmując go z całych sił, a potem odsunęłam się, przyglądając mu z niedowierzaniem. - Nic ci nie jest?
- Oddycha - odparł z rozbawieniem. - I dużo gada, jak zwykle.
Parsknęłam śmiechem i powoli wstałam.
- Wygraliśmy? - zapytałam, zerkając na Aleca.
- Tak. Demony odeszły. A Valentine... - spojrzał na jego ciało. - Kto go zabił?
- No kto? - powtórzył Jace, patrząc na mnie z uśmiechem.
- Ja - westchnęłam.
Alec uniósł brew.
- Wiesz, że będziesz przesłuchiwana?
- To ja już wolę iść do piekła - prychnęłam.
Wszyscy spojrzeli na mnie zaskoczeni. Uśmiechnęłam się z rozbrajającą miną.
- Żartowałam.
Jace parsknął śmiechem.
- Wiem. Nie wyszło.
---
TYDZIEŃ PÓŹNIEJ
Wojna się skończyła. Ludzie opłakiwali poległych i świętowali zwycięstwo. Ja? Byłam przesłuchiwana może dwa razy. Clary - znacznie częściej. Dogadałam się z Konsulem, by jej odpuścili. Miało się to zmienić. Miało być lżej.
Jace... był inny. Coś w nim się zmieniło. Coś, czego nie umiałam nazwać. I choć Lilith jakby dała mi spokój, to przeczucie mówiło, że to tylko cisza przed burzą.
Teraz siedziałam w jednej z sal w Alicante, popijając szampana. Obok mnie Magnus, naprzeciw - Raphael. Kamila nie żyła, więc został liderem klanu.
- Jak tam w piekle? - spytał Santiago, unosząc brew.
- Noce są zimne, dnie znośne - odpowiedziałam.
- Lilith coś ci zrobiła? Torturowała? - dopytywał Magnus.
- Niezbyt. Chociaż sam pobyt tam to już wystarczająca tortura. Siarka w powietrzu, czerwone niebo, żadnego światła... Nie dla mnie - skrzywiłam się.
- Anioły nie powinny umrzeć w piekle? - zapytał cicho Raphael.
- Powinny - przyznałam. - Ale to długa historia.
- Mamy czas - rzucił Magnus.
Wypiłam zawartość kieliszka i odchyliłam się na oparcie krzesła.
- Raphael... wiesz o mnie i Jonathanie, prawda?
- Tak - odparł spokojnie.
- Nie jestem pewna, ale... chyba wpływałam na niego. Może łagodziłam jego demoniczną stronę. Lilith tego chciała. Uczyła mnie jak władać demonami, rytuałami. Zatraciłam się w tym.
Zamilkłam na chwilę.
- Gdy wróciłam na Ziemię, zrozumiałam. Mogłam wtedy, trzymając Kielich, poprosić o jego ocalenie. To był ten trudny wybór, o którym mówiły anioły.
Spojrzałam na puste szkło.
- Wybrałam Jace'a. Może to miało konsekwencje. Może dopiero będą. Ale jedno wiem na pewno: Lilith jeszcze mnie wezwie. I tym razem... to może być na zawsze.
Zapadła cisza. W końcu westchnęłam z lekkim uśmiechem.
- Ale nie chcę teraz o tym myśleć.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
FanfictionRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
