76.

244 17 0
                                        

Pojawiłam się na placu w Idrisie. Był przepełniony demonami - ich wrzaski zagłuszały nawet własne myśli. Bruk był czerwony od krwi, ciała leżały bezwładnie, niczym porzucone lalki. W powietrzu unosił się odór śmierci i siarki.

Nagle, tuż przede mną, wyrósł demon. Nie zdążył nawet unieść pazurów - rozpłynął się w obłoku dymu, trafiony strzałą. Odwróciłam się gwałtownie.

Stał tam Alec.

Ulga zalała mnie nagle, tak silna, że kolana na moment ugięły się pod moim ciężarem. Serce zabiło szybciej - widok jego niebieskich oczu sprawił, że wszystko inne zniknęło. Był cały. Żył.

- Niech wszyscy sojusznicy Nocnych Łowców zostaną objęci ochroną - wyszeptałam, rzucając na bruk niebiański ogień.

Demony syczały i rozpadały się przy każdym zetknięciu z płomieniami. Nim któryś zdążył mnie dosięgnąć, zniknęłam i pojawiłam się nad Jeziorem Lin.

Zamarłam.

Na brzegu leżało bezwładne ciało Jace'a, a obok niego Clary - klęcząca, zapłakana, roztrzęsiona. Jej ramiona drżały, jakby próbowała objąć jego duszę, nie ciało.

Seraficki miecz pojawił się w moich dłoniach. Zimny, ciężki. Skierowałam go ku Valentine'owi.

- Zabiję cię - warknęłam, rzucając się na niego.

Walczyliśmy długo, ostrze uderzało o ostrze, krew mieszała się z błotem i magią. W końcu, z wyrazem pogardy na ustach, Valentine runął na ziemię. Kucnęłam przy nim.

- Jonathan cię zniszczy... on nie potrafi kochać - wyszeptał ostatkiem sił. Jego powieki opadły. Martwy.

Wstałam. Spojrzałam na Clary, która w dłoniach trzymała Kielich.

- Razielu... wzywam cię - zaczęła drżącym głosem, ale nic się nie wydarzyło. Spojrzała na mnie zrozpaczonym wzrokiem. - Dlaczego to nie działa?!

- Ty jesteś jego krwią. Ja zabiłam Valentine'a. Życzenie spadło na nas obie - powiedziałam cicho, kładąc dłonie na jej. - Musimy powiedzieć to razem.

- Razielu, wzywamy cię! - zawołałyśmy równocześnie.

Nad jeziorem rozbłysło światło. Z cichego trzepotu skrzydeł wyłonił się Anioł.

- Jakie życzenie chcecie spełnić? - zapytał, patrząc na nas z zaskoczeniem i łagodną powagą.

- Chcę, żeby Jace wrócił - wyszeptała Clary.

Anioł spojrzał na mnie.

- Ja też tego chcę - dodałam. Jezioro rozbłysło jeszcze silniej, a potem... wszystko ucichło.

Jace drgnął. Wciągnął gwałtownie powietrze. Clary rzuciła się do niego, krzycząc jego imię, szlochając z radości.

Ja... opadłam na kolana. Woda oblała mnie po kostki, ale nie czułam zimna. Tylko pustkę i zmęczenie.

- Gdzie jest Rose?! - dobiegł mnie nagle męski głos. - Widzieliście ją?

- Ona była... Rose! - krzyknęła Clary.

Zamknęłam oczy. Pozwoliłam, by ciemność mnie objęła.

W tej chwili ujrzałam ojca. Stał przede mną, taki, jakim go zapamiętałam.

- Witaj, córko - powiedział łagodnie. - Jestem z ciebie dumny. Kocham cię, ale... - Jego sylwetka zaczęła się rozmywać. - To nie twój czas.

Obraz zniknął.

Otworzyłam oczy, obracając się na bok i wypluwając wodę. Kaszlałam, próbując złapać oddech. Gdy płuca w końcu zaczęły pracować, położyłam się na plecach i zakryłam twarz dłonią.

- Oddycha? - usłyszałam znajomy głos.

Odsunęłam dłoń i zobaczyłam Jace'a klęczącego obok mnie, Aleca i Magnusa stojącego nieopodal, przy Clary i Isabelle.

- Jace! - krzyknęłam, obejmując go z całych sił, a potem odsunęłam się, przyglądając mu z niedowierzaniem. - Nic ci nie jest?

- Oddycha - odparł z rozbawieniem. - I dużo gada, jak zwykle.

Parsknęłam śmiechem i powoli wstałam.

- Wygraliśmy? - zapytałam, zerkając na Aleca.

- Tak. Demony odeszły. A Valentine... - spojrzał na jego ciało. - Kto go zabił?

- No kto? - powtórzył Jace, patrząc na mnie z uśmiechem.

- Ja - westchnęłam.

Alec uniósł brew.

- Wiesz, że będziesz przesłuchiwana?

- To ja już wolę iść do piekła - prychnęłam.

Wszyscy spojrzeli na mnie zaskoczeni. Uśmiechnęłam się z rozbrajającą miną.

- Żartowałam.

Jace parsknął śmiechem.

- Wiem. Nie wyszło.

---

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

Wojna się skończyła. Ludzie opłakiwali poległych i świętowali zwycięstwo. Ja? Byłam przesłuchiwana może dwa razy. Clary - znacznie częściej. Dogadałam się z Konsulem, by jej odpuścili. Miało się to zmienić. Miało być lżej.

Jace... był inny. Coś w nim się zmieniło. Coś, czego nie umiałam nazwać. I choć Lilith jakby dała mi spokój, to przeczucie mówiło, że to tylko cisza przed burzą.

Teraz siedziałam w jednej z sal w Alicante, popijając szampana. Obok mnie Magnus, naprzeciw - Raphael. Kamila nie żyła, więc został liderem klanu.

- Jak tam w piekle? - spytał Santiago, unosząc brew.

- Noce są zimne, dnie znośne - odpowiedziałam.

- Lilith coś ci zrobiła? Torturowała? - dopytywał Magnus.

- Niezbyt. Chociaż sam pobyt tam to już wystarczająca tortura. Siarka w powietrzu, czerwone niebo, żadnego światła... Nie dla mnie - skrzywiłam się.

- Anioły nie powinny umrzeć w piekle? - zapytał cicho Raphael.

- Powinny - przyznałam. - Ale to długa historia.

- Mamy czas - rzucił Magnus.

Wypiłam zawartość kieliszka i odchyliłam się na oparcie krzesła.

- Raphael... wiesz o mnie i Jonathanie, prawda?

- Tak - odparł spokojnie.

- Nie jestem pewna, ale... chyba wpływałam na niego. Może łagodziłam jego demoniczną stronę. Lilith tego chciała. Uczyła mnie jak władać demonami, rytuałami. Zatraciłam się w tym.

Zamilkłam na chwilę.

- Gdy wróciłam na Ziemię, zrozumiałam. Mogłam wtedy, trzymając Kielich, poprosić o jego ocalenie. To był ten trudny wybór, o którym mówiły anioły.

Spojrzałam na puste szkło.

- Wybrałam Jace'a. Może to miało konsekwencje. Może dopiero będą. Ale jedno wiem na pewno: Lilith jeszcze mnie wezwie. I tym razem... to może być na zawsze.

Zapadła cisza. W końcu westchnęłam z lekkim uśmiechem.

- Ale nie chcę teraz o tym myśleć.

Nocna ŁowczyniOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz