Stałam przed gabinetem Marisy Lightwood. Oddech miałam nierówny, jakby instynkt ostrzegał mnie przed tym, co usłyszę. Zapukałam. Po chwili rozbrzmiało suche, zdecydowane:
- Proszę.
Weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi. Marisa siedziała za biurkiem, wyprostowana, jej sylwetka sztywna jak stal.
- Pani Lightwood? - zapytałam chłodno.
- Proszę usiąść, Rose. Chcę usłyszeć raport z wczorajszego wieczoru.
Usiadłam naprzeciw niej, splatając dłonie na kolanach. Nasze spojrzenia się skrzyżowały - jej pełne kontroli i oceny, moje... obojętne.
- Które zdarzenie ma pani na myśli? - zapytałam z lekkim uniesieniem brwi.
- Dostałam dziś rano podziękowania od stada z Nowego Jorku. Wilkołaczyca Maia Roberts zgłosiła, że uratowałaś jej życie przed demonem.
Kiwnęłam głową.
- Wyszłam na chwilę się przewietrzyć. Usłyszałam krzyk, pobiegłam tam. Zobaczyłam demona, który groził dziewczynie. Zabiłam go. Potem każda z nas poszła w swoją stronę.
Marisa spojrzała na mnie uważnie. Przez chwilę milczała, jakby rozważała, czy warto poruszać kolejną sprawę. W końcu odezwała się:
- Wiem o twoim starciu słownym z Lydią. Zachowałaś się skandalicznie. Powinnaś ją przeprosić.
- Zrobiłam to. Pół godziny temu się pogodziłyśmy - odpowiedziałam bez cienia skruchy, ale i bez agresji.
- Ominęłaś trening. - Jej ton stał się lodowaty. - Dlaczego?
- Spałam. Poza tym dzisiaj idę na patrol.
- Alec jest zajęty sprawami instytutu. Lydia również. Isabelle trenuje z Sebastianem. Pójdziesz z Jace'em. Potem oboje złożycie mi raport. Jasne?
- Jasne - odparłam i wstałam, już mając rękę na klamce.
- Rose, jest jeszcze jedna sprawa.
Zamarłam. Cofnęłam się, łapiąc za oparcie krzesła, na którym siedziałam.
- Między tobą a Alekiem dzieje się coś... dziwnego. Jako jego matka chcę go chronić. Lydia to doskonała kandydatka. Proszę, nie mieszaj mu w głowie. Za dwa tygodnie przenosimy cię do Los Angeles. To wszystko. Możesz odejść.
Wyszłam bez słowa. Drzwi zamknęły się za mną z głuchym trzaskiem. Runy na moich ramionach zaczęły pulsować światłem, jakby reagowały na wstrząs emocjonalny. Wzięłam kilka głębokich oddechów i ruszyłam do pokoju Jace'a. Siedział na kanapie, obracając w palcach pierścień Herondale'ów.
- Aleca nie ma - powiedział od razu, nie podnosząc wzroku.
- Wiem. Wieczorem idziemy razem na zwiady. To rozkaz Marisy, nie mój.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
- Od kiedy ty się ich słuchasz?
- Szanuję jej zdanie. To wszystko.
- Coś mi tu nie gra... - mruknął podejrzliwie.
- Do zobaczenia, Jace. - Zostawiłam go z jego domysłami i wyszłam.
Idąc korytarzem, zza zakrętu wyszedł Alec.
Zamarł, gdy mnie zobaczył. Przez chwilę tylko patrzył, jakby analizował każdy szczegół mojego wyglądu. Zatrzymał mnie, patrząc badawczo.
- Rose. Wszystko w porządku? Widziałem, że wychodzisz z gabinetu matki.
- Tak, jest w porządku - skłamałam z uśmiechem. - Muszę iść do Magnusa.
Obróciłam się, ale on mnie zatrzymał
- Mam dla ciebie radę-Zaczełam
- Jaką?
- Pokaż Lydii instytut. Na pewno jeszcze nie widziała wszystkiego.
Zmarszczył brwi.
- Zrobiłem to rano. Rose... naprawdę wszystko w porządku? Wczoraj i dzisiaj byłaś...
- Przepraszam. Nie rozmawiajmy o tym. To był błąd. Ja jestem błędem.
Poczułam nagłe ciepło na twarzy. Sięgnęłam dłonią do nosa - była pełna krwi.
Alec zareagował natychmiast.
- Rose! Idziemy do skrzydła szpitalnego. Wezwę Cichego Brata.
- To nic. - Otarłam krew wierzchem dłoni. - Czasem tak mam. Nie przejmuj się. Magnus na mnie czeka.
- Nie wierzę ci.
- Pa, Alec. - Odeszłam, nie odwracając się więcej.
---
Portal rozdarł powietrze i przeniósł mnie do mieszkania Magnusa.
Ten siedział na kanapie, pogrążony w lekturze opasłej księgi. Gdy mnie zobaczył, od razu ją odłożył.
- Rose? Płaczesz? - zapytał, podchodząc bliżej. - I masz krew na ustach...
Jego spojrzenie pełne było troski, której tak desperacko potrzebowałam.
- Muszę z tobą porozmawiać - wyszeptałam. Po moim policzku spłynęły łzy, których nie potrafiłam już powstrzymać.
- Co się stało? - spytał łagodnie.
- Zrób mi herbatę... zanim wysadzę ci mieszkanie - odpowiedziałam, siadając ciężko na sofie.
Kilka minut później trzymałam w dłoniach ciepły kubek, który drżał lekko w moich palcach.
- Za dwa tygodnie przenoszą mnie do Los Angeles.
- Dlaczego? Zrobiłaś coś? - spytał zdziwiony.
- Nie. Po prostu przeszkadzam. Marisa chce zeswatać Aleca z Lydią. Ja... psuję plan. Nie pasuję.
Magnus zmarszczył brwi.
- Nie mów tak.
- Ale to prawda. Zawsze byłam tylko problemem. Najpierw sierota, potem broń... teraz nikt mnie nie chce.
- Ja chcę - powiedział spokojnie. - Zostaniesz u mnie. Wezmę cię pod opiekę. Clave mnie nie ruszy.
- Wścieką się. - Otarłam łzy. - Nie darują ci tego.
- Nie zaryzykują straty kogoś z moimi zdolnościami.
Patrzył na mnie z siłą i pewnością, jakiej mi brakowało.
- W dniu wyjazdu stworzysz portal. Pójdziesz tam, pokażesz się, wejdziesz do przydzielonego pokoju... i wrócisz do mnie. Znajdziemy rozwiązanie.
Skinęłam głową.
Poszłam przemyć twarz, a potem wróciłam do instytutu.
---
Wielka sala była pełna Nocnych Łowców. Przy wejściu czekała Konsul. Kiwnęła, bym podeszła.
A ja w duchu przeklinałam mój stan, maskując drżenie rąk i wciąż gorącą, pulsującą krew pod skórą.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
FanfictionRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
