Nie wiem, co mnie podkusiło. Pewnie będę tego żałować. A jednak... podeszłam do niego i objęłam.
- Kocham cię. I pamiętaj o tym - wyszeptał.
- Kochasz mnie? - spojrzałam na niego zaskoczona. Zawahał się. W jego oczach błysnęło coś nieuchwytnego - niepewność, może lęk?
Zawsze tak miał, gdy robił coś spontanicznie, bez planu, bez analizy. Nachylił się i musnął moje usta swoimi. Zamarłam, zaskoczona tym, co właśnie się wydarzyło. Kiedy się odsunął, spojrzał na mnie z zawodem w oczach.
- Przepraszam - szepnął i chciał odejść, ale złapałam go za rękę.
- Nie masz za co - powiedziałam cicho i zaplotłam ręce na jego szyi, przyciągając go do siebie. Pocałowaliśmy się. W moim brzuchu zatańczyły motyle, te prawdziwe, przysłowiowe, które pojawiają się tylko wtedy, gdy serce gubi rytm.
Gdy się od siebie oderwaliśmy, uśmiechnęłam się. Alec odwzajemnił uśmiech - ciepły, niepewny, prawdziwy. Wtedy z Instytutu wyszli Clary i Simon.
- Jace mówił, że cię tu znajdziemy. Simon chce wrócić do domu, jego matka zaczyna się martwić - powiedziała rudowłosa.
- Dobrze, pójdę z nim - odparłam, zerkając na Aleca.
- Dzięki - powiedziała Clary i weszła z powrotem do środka. Alec podał mi nóż.
- Zawsze jesteś tak przygotowany? - zapytał rozbawiony Simon.
- A ty zawsze taki wygadany? - odpowiedział Alec z półuśmiechem.
- Gdzie mieszkasz? - zwróciłam się do Simona.
- Jakieś dwie, godziny stąd, metrem - odparł, wzruszając ramionami.
Spojrzałam na Aleca, przekrzywiając lekko głowę.
- Idziesz ze mną. Sama z nim tyle czasu nie wytrzymam - powiedziałam z udawaną powagą.
Alec uśmiechnął się, a Simon naburmuszył jak obrażone dziecko.
---
Kiedy dotarliśmy pod dom Simona, na schodach czekał Raphael.
- On nie może nic powiedzieć. Nie panuje jeszcze nad sobą - powiedział poważnie.
- To go naucz - odparłam twardo. - Powie matce, że jest chory. Albo zmieni jej wspomnienia.
- Łatwo powiedzieć - prychnął.
- Nie rób z siebie ofiary, Santiago - warknęłam.
Uśmiechnął się szyderczo i mruknął jakieś przekleństwo pod nosem.
- Ma miesiąc. Potem znika - dodałam stanowczo. Kiwnął głową. Gdy Simon wszedł do domu, spojrzałam jeszcze raz na Raphaela.
- Nie utrudniaj mu życia.
Zrobił krok w moją stronę. Zbyt blisko. Jego głos był szorstki:
- W co ty grasz, panienko?
Myślałam, że Alec tylko stoi, milczący jak posąg. Ale wtedy obok mojego ucha przemknęła strzała. Raphael cofnął się gwałtownie.
- W nic nie gram. Nikt inny się nim nie zajmie. Ty siedzisz albo u Bane'a, albo w Dumort. Zrób to. Ze względu na nasze pierwsze spotkanie.
Raphael spojrzał na mnie uważnie, po czym zniknął.
Uratowałam mu życie, odpędzając trzy wilkołaki. Był mi winien przysługę. Właśnie ją spłacił.
- Wracajmy - powiedział cicho Alec.
Skinęłam głową. Weszliśmy do metra. Kiedy wysiedliśmy, do Instytutu zostało może trzy kilometry. Szedł obok mnie w milczeniu. W końcu się odezwał.
- Musimy porozmawiać.
- O czym? - zapytałam, przyglądając mu się uważnie.
- Chcę... - zawahał się i zaklął pod nosem. - My nie możemy. Dla Jace'a to byłoby...
Zrobiłam krok w tył, marszcząc brwi.
- Kochasz go? Chciałeś sprawdzić, czy lubisz dziewczyny? A ja byłam na tyle głupia, żeby... - urwałam i odwróciłam się do niego plecami. Poczułam się wykorzystana. Zraniona.
Szarpnął mnie za ramię, przyciągając do siebie z siłą, której się nie spodziewałam. Stanęliśmy twarzą w twarz.
- Kocham Jace'a... - zaczęł,
- Jak brata - dokończył. - Kocham go jak brata.
Spojrzałam mu w oczy.
- Nie chcę po prostu tego zaczynać teraz. Każde z nas ma zbyt wiele na głowie.
- A kiedy? - zapytałam cicho.
- Gdy znajdziemy matkę Clary - odparł.
- O ile przeżyjemy - mruknęłam i ruszyłam przed siebie.
---
Wróciłam do Instytutu i skierowałam się do pokoju Izzy. Kiedy miałam zapukać, usłyszałam głos Clary:
- Ty i Jace...?
- Nie. Jest dla mnie jak brat - odpowiedziała Izzy spokojnie.
- A dla Rose?
Zapukałam i weszłam do środka.
- Jest tylko przyjacielem. Zresztą, nie bawię się w zakochiwanie - odpowiedziałam, opierając się o ścianę.
- Przecież jesteś aniołem. A widziałam cię, jak całowałaś się z parabatai Jace'a - powiedziała Clary a Izzy, unosła brwi z niedowierzaniem.
- Ty i Alec? Powiedział ci?-Zaczęła Czarnowłosa
Patrzyłam jej prosto w oczy, nie odwracając wzroku.
- Zależy, co chcesz usłyszeć - odparłam.
W tym momencie do pokoju wszedł Jace.
- Plotkary - rzucił z uśmiechem. - Idę pokazać Clary Instytut.
- Dobry pomysł - pochwaliłam go z uśmiechem.
Isabelle chwyciła Clary i niemal rzuciła ją w jego ramiona. Gdy zniknęli, kontynuowałyśmy rozmowę.
- On jest w tobie zakochany.
- Domyśliłam się. Ale mówi, że boi się reakcji Jace'a. I że porozmawiamy o tym dopiero, gdy znajdziemy matkę Clary.
- To dobrze, prawda?
- Nie. Bo jedno z nas może w każdej chwili zginąć.
Patrzyła na mnie przez chwilę w ciszy.
- Może masz rację. Ale według mnie Alec przesadza... tak samo jak ty. On za bardzo trzyma się zasad, ty z kolei za bardzo je łamiesz. Dopełniacie się.
- Sprowadziłabym go na złą stronę - powiedziałam półgłosem.
- Nie gadaj bzdur. Jesteś świetna. Od razu cię polubiłam, gdy tu przyjechałaś.
- Byłam jedyną dziewczyną, z którą mogłaś pogadać.
- Nie. Gdybym cię nie polubiła, nie odzywałabym się do ciebie - westchnęła. - Jesteśmy przyjaciółkami. Byłam zła, że mnie okłamałaś, ale rozumiem cię.
- Dzięki, Izzy - szepnęłam, czując ciepło, którego tak dawno nie zaznałam.
- Nie ma sprawy.
Jeszcze chwilę rozmawiałyśmy, po czym wyszłam i skierowałam się do kuchni. Wyjęłam szklankę z półki, nalałam wody i wzięłam łyk. Odstawiłam naczynie do zlewu.
Było już po północy. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. U Magnusa już byłam. Szkatułkę oddałam Clary, ale ona... nic o niej nie pamięta.
Została mi jedna opcja - i ktoś, kto mógł znać odpowiedzi.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
Fiksi PenggemarRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
