Weszłam na salę treningową z głową pełną chaosu, który aż prosił się o rozładowanie. Serce waliło mi jak oszalałe - ze złości, frustracji, może ze strachu. Chciałam tylko uderzać. Zapomnieć. Przestać czuć.
Pierwszy worek był zajęty, więc ruszyłam do drugiego. Bez słowa. Bez myśli. Wbiłam pięści w materiał. Raz, drugi, trzeci... Każdy cios jak westchnienie duszy, której nikt nie słyszał.
Nie byłam silna. Nie fizycznie. Ale złość dawała mi siłę, której sama się bałam.
Zbyt mocno. Zbyt gwałtownie.
Materiał pękł z cichym świstem, a ból przeszył nadgarstek. Zacisnęłam zęby, próbując nie przekląć. Podeszłam do szafki z bronią i sięgnęłam po stele. Znajoma runa Iratzel zapłonęła na skórze, niosąc ze sobą ulgę... ale i przypomnienie. O tym, jak bardzo jestem rozdarta.
Odwróciłam się... i wtedy on tam był.
Alec.
Ciemne włosy lekko zmierzwione od potu. Cichy uśmiech, który zjawiał się tylko wtedy, gdy nikt nie patrzył. Ale ja patrzyłam.
- Iratzel jeszcze nie zadziałał - powiedział, zerkając na rozwalony worek. - Poza tym... on już się do niczego nie nadaje.
Zacisnęłam usta, próbując nie dać po sobie poznać, jak bardzo mięknę w jego obecności.
- To co mam ze sobą zrobić? - zapytałam, marszcząc brwi.
- Potrenuj ze mną.
Parsknęłam śmiechem, kręcąc głową.
- Skopię ci tyłek, Lightwood.
- Zobaczymy - odpowiedział z tym swoim cichym, ale pewnym siebie uśmiechem, który znałam aż za dobrze.
Wzięliśmy miecze. Staliśmy naprzeciw siebie - dwoje wojowników, ale też... coś więcej. Każdy cios był tańcem, każde zderzenie kling miało w sobie rytm - jakbyśmy znali ten układ od zawsze. Dłonie, spojrzenia, oddechy... wszystko splatało się w coś dziwnie intymnego.
Czas przestał istnieć.
Aż w końcu zjawił się Jace.
- Alec, Izzy przyniosła kolację - rzucił. Alec spojrzał przez ramię... i to mi wystarczyło.
Zgrabnym ruchem wyrwałam mu miecz z dłoni i uniosłam go triumfalnie.
- Wygrałam! - zawołałam, uśmiechając się szeroko.
- To nie fair... - mruknął, ale uśmiech w jego oczach zdradzał rozbawienie.
Zbliżyłam się do niego, podając mu miecz z powrotem.
- Fair nie byłeś skupiony. Może następnym razem skupisz się bardziej... na mnie?
Jace spojrzał na rozerwany worek i uniósł brew.
- Rozumiem, że byłeś wkurzony, ale żeby aż rozwalić worek?
- To akurat byłam ja - przyznałam, wzruszając ramionami.
- Słyszałam o jutrzejszej radzie. Wszyscy pełnoletni mają się stawić - powiedziałam , zerkając na Jace'a. - Ty też jedziesz. Konsul chce z tobą porozmawiać przed obradami. Zresztą, nie tylko łowcy tam będą. Podziemni też mają negocjować nowe przymierze.
Alec zmarszczył czoło.
- Skąd o tym wiesz?
- Dowiedziałam się o zebraniu, więc poszłam. Twoja babcia nie była tym zaskoczona. - Spojrzałam na Jace'a. - Zresztą, musiałam z nią omówić plan, który wam przedstawiałam.
- Czyli tym razem zniknęłaś, bo byłaś na radzie? - zapytał Alec z niedowierzaniem.
- Najpierw poszłam sprawdzić, co u Simona, potem natknęłam się na Raphaela. To on wspomniał o zebraniu. Magnus twierdził, że lepiej żebym nie szła, bo wpakuję się w kłopoty...
- ...a ty i tak poszłaś - dokończył Alec, kręcąc głową.
- Znacie mnie. Nie potrafię siedzieć i czekać na informacje z drugiej ręki - uśmiechnęłam się lekko.
- Och, cała Rose - zażartował Jace. - Idziecie w końcu?
- Muszę się przebrać - powiedziałam równocześnie z Alekiem. Wymieniliśmy spojrzenia.
Jace tylko westchnął i ruszył w stronę wyjścia.
Alec, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Ujęłam go lekko za dłoń. Czułam jak jego palce delikatnie drgają, ale nie cofnął się.
- Rose... - wymówił moje imię niemal szeptem.
To wystarczyło, by moje serce zaczęło bić jeszcze szybciej.
- Nie teraz - szepnęłam równie cicho. - Jeszcze nie.
Skinął głową. Cicho. Z szacunkiem. Jakby rozumiał wszystko bez słów.
czułam się spokojniejsza, tylko dlatego, że był obok.
Alec szedł chwilę obok, w ciszy, ale nie w dystansie. Nasze dłonie raz otarły się o siebie przypadkiem... i nikt się nie cofnął.
W pokoju szybko się odświeżyłam, wkładając jeansy i biały T-shirt. Prosty strój, ale czułam się w nim sobą. Kiedy wyszłam, prawie wpadłam na Sebastiana.
- Aniołku, nie widziałem cię od rana - odezwał się z lekkim wyrzutem.
- Miałam kilka spraw do załatwienia, potem poszłam poćwiczyć. A ty? - zapytałam z zaciekawieniem.
- Rozmawiałem z ojcem. Mamy niecałe dwa tygodnie do wyjazdu - odpowiedział. Zmarszczyłam brwi. Tak mało czasu... z Alekiem, Jace'em, Izzy...
- Chcę zostać trochę dłużej, chociaż te dwa dni po wojnie. Potem do ciebie dołączę - zaproponowałam.
- Jak chcesz - powiedział, całując mnie niespodziewanie w czubek nosa. Zaskoczona uniosłam brwi.
- Od kiedy jesteś taki spokojny?
- Ufam ci, aniołku - odpowiedział miękko, po czym cmoknął mnie w usta.
- Idziemy do kuchni? Reszta już tam jest - zaproponowałam, uśmiechając się ciepło.
- Muszę coś załatwić, wrócę za godzinę.
- Skoro musisz... - szepnęłam, odwzajemniając uśmiech.
- Wrócę w jednym kawałku, nie martw się. - Objął mnie ramieniem.
- Wiem, diable - odpowiedziałam z uśmiechem. Rozciągnął usta w szerszym uśmiechu.
Złapał mnie za rękę. Zeszliśmy razem na dół - on skręcił w stronę drzwi, a ja ruszyłam do kuchni.
Tylko ja potrafię wpływać na jego decyzje. Chyba naprawdę mnie kocha...
W kuchni Izzy siedziała przy wyspie, jedząc chińszczyznę z pudełka. Usiadłam obok niej, sięgając po swój makaron. Próbowałam się uśmiechnąć... i może nawet trochę się udało.
Ale to nie Sebastian dziś sprawił, że poczułam się bezpiecznie. To nie jego dłoń chciałam dziś trzymać.
To Alec.
I może w końcu nie powinnam już z tym walczyć.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
FanfictionRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
