Po trzech godzinach marszu byłam zaledwie dwa kilometry od klubu. Zmęczona, ale skupiona, spojrzałam na Nicka.
- Rozdzielamy się, jasne? - rzuciłam, zerkając w stronę blondyna, który szedł krok za mną.
Zmarszczył brwi, westchnął ciężko.
- Niby gdzie? Powinienem...- Zaczął ale mu przerwałam
- Zamknij się i słuchaj - przerwałam mu ostro. - Raphael Santiago mieszka pięć kilometrów stąd, w apartamencie. Wysłałam ci adres. - Spojrzałam mu prosto w oczy. - Dasz radę. I powiedz, że jesteś ode mnie. Inaczej może się to źle skończyć.
Nick zmrużył oczy, ale skinął głową.
- Spotykamy się za dwie godziny przed wejściem do metra. Pasuje?- Spytałam
- Tak -Odparł
Chłopak odwrócił się i po chwili zniknął za zakrętem, zostawiając mnie samą z ciężarem tej nocy.
Stanęłam przed drzwiami mieszkania Jonathana. Zapukałam. Cisza. Spróbowałam ponownie - tym razem klamka drgnęła. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. W progu stanął on - zakrwawiony, blady, a jego spojrzenie było rozbiegane i puste.
- Vanesso... nie zrozumiesz. Nie jestem człowiekiem. Uznałabyś mnie za wariata - powiedział cicho, jakby się wstydził.
Udawał. Grał przede mną swoją rolę. Myślał, że nie wiem, kim naprawdę jest.
Zerknęłam za jego ramię do kuchni - dwa ciała leżały na podłodze, bez życia. Krew tworzyła kałużę, w której odbijało się drżące światło lampy.
- Skąd ta krew? - zapytałam chłodno.
- Przepraszam. Musiałem... Demon tego chciał. Nie potrafię go wypędzić... - bełkotał, kłamiąc w żywe oczy.
Typowe. Ale jeśli chce grać, to mogę się pobawić.
- Co ćpałeś?! - podniosłam głos, choć w środku już wiedziałam.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się przekornie.
- Ciebie - Zmrużyłam oczy. - Nie jesteś zaskoczona tym, co zobaczyłaś - zauważył zaintrygowany.
Bez słowa podeszłam do niego, oplotłam ramionami jego szyję i pocałowałam. Świat wokół nas jakby zadrżał, kruszył się. Oderwałam się w ostatniej chwili, przeczuwając, że granica między uczuciem a katastrofą jest cienka.
- To ty - wyszeptałam.
- A któż by inny? - odpowiedział z uśmiechem, który mógłby przeszyć stal.
- Po co to wszystko, Jonathanie? - zapytałam z wyrzutem.
- To ty uczyniłaś mnie słabym - warknął, zaciskając szczękę.
- Jesteś naiwny. Pokonamy twojego ojca razem - Odparłam
- Nie tknę go. Wtedy będziesz musiała zginąć - rzucił, patrząc na martwe ciała, a potem wracając wzrokiem do mnie.
Wyciągnęłam zza pasa nóż i rzuciłam w jego stronę. Złapał go bez trudu.
- Proszę, zabij mnie teraz! - krzyknęłam. - No dalej! Dawaj, diable!
W jednej chwili znalazł się przy mnie. Ostrze przy moim gardle.
- Ostatnie słowo? - syknął, oczy pełne wściekłości.
- Czujesz to samo co ja, prawda? - spojrzałam mu głęboko w oczy, nie odrywając wzroku od jego czarnych źrenic. - Odpowiedz.
Wbił nóż w ścianę tuż obok mojej głowy.
- Niestety - uśmiechnął się półgębkiem - osłabiłaś demona.
- Razem jesteśmy silniejsi - powiedziałam spokojnie.
- Gdy Valentine zginie, zabiję cię - ryknął, waląc pięścią w blat. Drewno pękło z trzaskiem.
- Nie musisz - odpowiedziałam łagodnie, wpatrując się w niego.
- Muszę. Zawarliśmy pakt- Mówiąc to spojrzał mi prosto w oczy
- Zerwijmy go -Odparłam szeptem
- Nie da się - odparł beznamiętnie.
- Zmieńmy zasady. Chyba potrafisz?- Zaproponowałam
Podeszłam bliżej. Pogładził mnie po policzku, jego dotyk był miękki, ale drżał lekko.
- Boisz się? Śmierci?-Spytał
- Nie - powiedziałam krótko. - Wrócę do nieba. A wtedy już nigdy się nie spotkamy. Poza tym... tam pewnie roi się od świętoszków. A ja do nich nie należę.-Wyjaśniłam
- I to w tobie uwielbiam - mruknął. - Wyglądasz jak anioł, ale masz w sobie piekielny ogień.
Przesunął kosmyk moich włosów za ucho.
- Zmieniamy pakt? -Dopytałam
- Tak. Po zabiciu Valentine'a zostajesz ze mną... do końca moich dni - zaproponował.
- Zgoda - Odparłam
Uścisnęliśmy dłonie. Na naszych nadgarstkach rozbłysnął symbol nieskończoności.
- Valentine jest w Idrisie - dodał cicho.
- Wiem. Jutro tam jadę- Zamyśliłam się na chwilę, po czym spojrzałam na ciała.- Trzeba się ich pozbyć.
Wyciągnęłam stele i narysowałam runę niewidzialności najpierw na jego skórze, potem na swojej.
- Oblej mieszkanie benzyną. Ja włączę kuchenkę -Nakazałam
Skinął głową. Po pięciu minutach wszystko było gotowe. W mieszkaniu śmierdziało paliwem, kuchenka cicho brzęczała. Wyszłam na klatkę, rzuciłam zapałkę, nacisnęłam alarm i razem uciekliśmy w ciemny zaułek.
Z oddali patrzyliśmy na buchające płomienie.
- Do zobaczenia, aniołku - szepnął z lekkim uśmiechem.
- Żegnaj, demonie - odparłam, nie odwracając głowy.
- "Diable" brzmiało lepiej - zaśmiał się cicho.
Spojrzałam na niego.
- Zabiłeś gang, prawda? -Spytałam
- Tak. I nie tylko - odparł i przycisnął mnie do ściany, całując z pasją i gniewem. Po chwili się odsunął.
- Mój anioł.- Szepnął
I zniknął. Po prostu rozpłynął się w powietrzu.
Wyszłam z zaułka i ruszyłam do apartamentu Rafaela. Weszłam jak do siebie. W salonie siedział on elegancki, jak zawsze w towarzystwie kilku swoich ludzi. Rozmawiali z Nickiem.
- Hej, Raf - rzuciłam.
Wampir zmaterializował się obok mnie, ujął moją dłoń i pocałował ją z szarmanckim uśmiechem.
- Witaj, Rose. On jest od ciebie, prawda? - wskazał głową blondyna.
- Tak. Powiedz, co wiesz. - Odparłam
- O kim?- Spytał
- Ludzie Valentine'a.- Wyjaśniłam
Zmarszczył brwi, po czym odpowiedział
- Nie ma ich w Nowym Jorku od tygodnia. - Odparł
- Dzięki. Jestem ci winna przysługę. Jeśli kiedyś będziesz potrzebował płatnego mordercy - zadzwoń - rzuciłam z uśmiechem, zerkając na Waylanda. - Zwijamy się.
- Na pewno zadzwonię. Do zobaczenia - odparł Hiszpan, unosząc lampkę wina w geście pożegnania.
Wyszliśmy razem z Nickiem i wsiedliśmy do metra. Nowy rozdział właśnie się zaczynał.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
Fan-FictionRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
