Wyjęłam nóż, który zapłonął w moich dłoniach. Krew przesiąkła materiał bluzki, barwiąc ją na ciemnoczerwony kolor. Niektóre kosmyki moich włosów oraz ramiona również były splamione. Uniosłam walizkę, z trudem łapiąc oddech.
- Nic mi nie jest - uprzedziłam Clary i resztę, zanim zdążyli zapytać. - O której zbiera się Konklawe?
- Za godzinę - odezwał się Magnus, podchodząc bliżej.
- To dobrze - odparłam, próbując ukryć drżenie głosu.
- Kto to był? - zapytał Jace z niepokojem w oczach.
- Jeden z ludzi Valentine'a - odpowiedziałam, a nagła słabość uderzyła mnie niczym fala.
- Czego chciał?
Uśmiechnęłam się smutno, nie próbując nawet ukryć żalu.
- Wiesz czego... - rzuciłam tylko, zerkając na Magnusa, który bez słowa odebrał ode mnie walizkę.
- Porozmawiacie sobie u Lightwoodów. Na razie dajcie jej odetchnąć - wtrącił Magnus, zerkając wymownie na Jace'a.
- Niech będzie - burknął blondyn, ruszając przed siebie.
---
W rodzinnym domu Aleca odebrałam walizkę od Magnusa i skierowałam się do przydzielonego pokoju. Z walizki wyjęłam prostą, ciemną sukienkę. Narysowałam sobie iratze, po czym poszłam wziąć prysznic. Gorąca woda obmywała rany i ślady krwi, a ja wpatrywałam się tępo w pęknięcie na kafelku.
Później przebrałam się, lekko pomalowałam i wyprostowałam włosy, zarzucając je na plecy. Właśnie zapinałam koturny, gdy ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę! - zawołałam, podnosząc się.
Do środka wszedł Max. Jego mina była zmartwiona.
- Jace jest wściekły. Krzyczy na Aleca. Mówią coś o tobie i tej rudej dziewczynie... - Spojrzałam na niego z powagą.
- Gdzie są?
- U Aleca.
- Dzięki, młody.
- Pogodzą się? - zapytał cicho, prawie szeptem.
- Na pewno - uśmiechnęłam się łagodnie i wyszłam z pokoju.
---
Otworzyłam drzwi do pokoju Aleca - ich krzyki niemal mnie ogłuszyły. Zamknęłam drzwi za sobą z impetem.
- Czy wyście do cholery oszaleli?! - rzuciłam ostro, patrząc na obu chłopaków.
- A ty co tu robisz? - zapytał Alec z przekąsem.
- Max poprosił, żebym was pogodziła. O co znowu poszło? - spojrzałam na Jace'a, potem na Aleca.
- Alec coś ukrywa - rzucił Jace, krzyżując ramiona.
- Niby co? - uniosłam brew.
- Nick zauważył siniaki na twojej szyi. Wcześniej ich nie miałaś, a Alec unika cię wzrokiem.
- Myślisz, że on mi to zrobił? - prychnęłam z niedowierzaniem.
- Poszedł po ciebie do Magnusa, a ty nagle wracasz posiniaczona. Bane by ci tego nie zrobił.
- To nie Alec - powiedziałam chłodno.
- To kto?
Odwróciłam wzrok. Zaczęłam nerwowo przygryzać wnętrze policzka. Metaliczny smak krwi szybko wypełnił usta. Przestałam i spojrzałam mu prosto w oczy.
- Natknęłam się na człowieka Valentine'a.
- Sama z nim walczyłaś? Przecież Alec poszedłby za tobą w ogień! - Jace uniósł głos, sfrustrowany.
- Tak, sama. Nie wiem, jakim cudem go zauważyłam. Już go nie ma. Sprawa zamknięta.
- Więc to to mi chciałeś ukryć? - zwrócił się do Aleca.
- Uspokój się! - warknęłam. - Teraz już wszystko wiecie. Podajcie sobie ręce, pogódźcie się i...
Jace przerwał, wbijając we mnie przenikliwe spojrzenie.
- Kto zbliżył się do portalu, zanim nas tam wepchnęłaś?
Zamarłam na ułamek sekundy.
- Człowiek Valentine'a. Kolejny zabójca - skłamałam. Nie mogłam im jeszcze powiedzieć prawdy. Nie teraz.
- A ty wepchnęłaś nas do portalu, bo...?
- Bo chciałam, żebyście byli bezpieczni. Moje rany goją się szybciej niż wasze.
- Ryzykowałaś życiem dla nas?! Oszalałaś?! To moja działka! - krzyknął Jace.
- Nie oszalałam! Nie pozwolę, by przez jakiegoś pieprzonego mordercę ktoś z was ucierpiał! - Jace zamilkł, spoglądając na Aleca, który patrzył na mnie z mieszaniną smutku i troski.
- Nie kłóćcie się z powodu mojego życia - westchnęłam, opierając się o ścianę. - To nie ma sensu.
- To nie jest „tylko twoje życie", Rose. Jesteśmy rodziną. Mimo że jesteś aniołem, pomożemy ci - powiedział cicho Jace.
- Nie chcę pomocy. Na wojnie są ofiary. Czuję, że niedługo Valentine zaatakuje.
- Nie pozwolę, żeby mój ojciec cię skrzywdził.
Skrzywiłam się. To nie był jego ojciec. Ból przeszył mi skronie. W głowie zabrzmiał głos.
„Żyjesz?"
„Tak."
- Rose? - Alec zbliżył się, zaniepokojony.
- Już wam nie przeszkadzam - rzuciłam, mijając go i wybiegając z pokoju.
---
Na korytarzu minęłam Jocelyn. Wyszłam na zewnątrz, czując, jak chłodne powietrze koi rozgrzane policzki. W oddali zobaczyłam Nicholasa rozmawiającego z jakąś dziewczyną.
- Oświadczyłeś się, a teraz spotykasz zasraną sierotkę i zmieniasz zdanie?! - usłyszałam jej gniewny głos.
- Nie zmieniłem. Pomagam znajomej. Uspokój się - odpowiedział spokojnie Nick.
Nie chciałam słuchać dalej. Ruszyłam w stronę wielkiej sali. Po drodze mijałam Nocnych Łowców. Patrzyli na mnie z podejrzliwością, niechęcią. Gdy spojrzałam na swój nadgarstek, runa Jonathana pulsowała jasnym blaskiem. Przymrużyłam oczy.
- Jeśli tu jesteś... wynoś się - syknęłam cicho.
Zatrzymałam się przy fontannie przed wielką salą. Usiadłam na marmurowym brzegu i zapatrzyłam się w wodę, która z cichym pluskiem spływała po kamiennych ścianach. Drobne kropelki tańczyły w powietrzu, jakby chciały przypomnieć, że mimo wszystko - świat wciąż się kręci.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
Hayran KurguRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
