3

1.5K 55 2
                                        


Po powrocie do Instytutu zamknęłam się w swoim pokoju. Zmyłam z siebie wydarzenia tego wypadu, po czym przebrałam się w piżamę. Usiadłam na łóżku i chwyciłam do ręki biały kamień, który jako jedyny oświetlał pomieszczenie. Trzymając go w dłoniach, pomyślałam o aniele i jego skrzydłach, moim sygnecie, po czym zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam, kamień świecił złotym kolorem. To było niesamowite - złoto zmieniało się w biel, biel w róż, róż w zieleń, a potem znowu na chwilę w złoto, aż wrócił do swojego normalnego stanu. Odłożyłam kamień na półkę, wzięłam zeszyt i zanotowałam zdarzenie.

Gdy skończyłam, nie mogłam zasnąć. Kręciłam się z boku na bok. W końcu przeklęłam pod nosem, otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz, kierując się do kuchni. Wszyscy już spali, więc starałam się być cicho.

Problem polegał na tym, że to, czego chciałam, było na najwyższej półce. Wzięłam krzesło, które postawiłam pod szafką, i weszłam na nie. Niestety, konstrukcja była chwiejna, więc musiałam uważać. Otworzyłam szafkę i zaczęłam szukać leków nasennych. Gdy je znalazłam, wyciągnęłam po nie rękę, stając na palcach. Złapałam opakowanie i runęłam razem z krzesłem. Byłam gotowa na ból, zamknęłam oczy - ale go nie poczułam. Gdy je otworzyłam, trzymał mnie Alec.

- Dzięki, ale nie musiałeś - oswobodziłam się z uścisku, po czym podniosłam krzesło. Wyjęłam z opakowania jedną tabletkę, nalałam sobie wody i popiłam lek, po czym spojrzałam na czarnowłosego.

- Właściwie co tu robisz? Jest późno - spytałam z czystej ciekawości.

- Nie mogę zasnąć - mówiąc to, nie patrzył mi w oczy, jego wzrok gdzieś uciekał.

- Albo mnie śledzisz - powiedziałam z uśmiechem, wiedząc, że coś kręci. Weszłam na krzesło, odkładając lek i zamykając szafkę.

- O co chodziło z tą rudą dziewczyną w klubie? - spojrzał na mnie zmęczony.

- Wysłał cię Jace - stwierdziłam. - Nie mogę nic powiedzieć - pokazałam runę na nadgarstku. Ten złapał moją rękę, patrząc zaskoczony.

- Runa milczenia - powiedział zaskoczony.

- Tak. Zniknie, gdy prawda wyjdzie na jaw, ale nie ode mnie. Jeśli Jace chce się czegoś dowiedzieć, musi szukać sam. Ale przez to może jej zaszkodzić - ten spojrzał na mnie zdziwiony.

- A co, jeśli byś nam powiedziała? Umrzesz, tak? - kiwnęłam głową, zabierając nadgarstek.

- Zawsze się w coś wplączesz - powiedział z pretensją.

Usłyszałam huk, więc spojrzałam przez okno. Był tam biało-pudrowo-różowy napis z fajerwerków: „WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO ROUS". Z kolejnym strzałem pojawiła się moja podobizna. Uśmiechnęłam się, patrząc na dzieło Magnusa. Muszę mu podziękować.

- To robota twojego przyjaciela? - spytał Alec, patrząc na mnie.

- Tak - powiedziałam z uśmiechem, a ten odwrócił wzrok.

- Wszystkiego najlepszego - objęłam go, na co ten się spiął.

- Dzięki - odsunęłam się od niego, kierując się do swojego pokoju. Z uśmiechem na twarzy poszłam spać.

---

- Wstawaj!!! - poczułam szarpnięcie, więc otworzyłam oczy i dostrzegłam zdenerwowaną Isabelle.

- Która godzina? - spytałam zaspana.

- Ominęłaś trening! Zresztą to nieważne - Jace zniknął! - powiedziała poddenerwowana. Wstałam leniwie.

- To która godzina? - dopytałam.

- Szesnasta. Od wczoraj go nie widziałam - dziewczyna podniosła głos.

Podeszłam do szafy, zabrałam czarne rurki, a do tego srebrny top. Weszłam za kotarę i zaczęłam się przebierać. Usiadłam przed toaletką, malując oczy. Gdy skończyłam, przejechałam usta bezbarwną odżywką. Wstałam, założyłam botki i wyszłam z pokoju razem z Izzy.

- Wiesz, gdzie jest? - dopytała, przyglądając mi się. Spojrzałam na nią.

- Nie mam pojęcia. Pójdę go poszukać, a ty pogadaj z Aleciem - wczoraj dziwnie się zachowywał.

Każda z nas poszła w swoją stronę. Ruszyłam pędem do domu Jocelyn Fray. Zapukałam - otworzyła mi rudowłosa kobieta, przyglądająca się mnie.

- Jest Clary? - spytałam zniecierpliwiona.

- Nie. Poszła z kolegą na kawę - powiedziała zaskoczona.

- Muszę z panią porozmawiać - powiedziałam poważnie. Kobieta wpuściła mnie do środka, zamykając za sobą drzwi.

- Clarissa zachowywała się dziwnie. Pewnie to twoja sprawka - powiedziała oburzona, patrząc na mnie karcąco.

- Zobaczyła, jak zabijam demona. Ale nie po to przyszłam. Wczoraj w Pandemonium dwóch Nocnych Łowców śledziło Clary - powiedziałam poważnie.

- Valentine wie - stwierdziła kobieta, a ktoś zapukał do drzwi.

- Ukryj się - powiedziała stanowczo, lecz w jej oczach widziałam strach i determinację.

- Nie zostawię pani - powiedziałam zdeterminowana.

Drzwi zostały wyważone, a do środka weszło dwóch facetów w czerni z psem na smyczy.

- Jocelyn Fairchild! Myślałaś, że cię nie znajdziemy?! - rzucili się w naszym kierunku. Jeden oberwał od rudowłosej patelnią, gdy ta przygniotła jego głowę lodówką. Pozbyłam się drugiego, wbijając w niego połamany wieszak i wypychając przez okno.

Jocelyn zniknęła gdzieś z telefonem. Facet spod lodówki wstał, a ja się na niego rzuciłam. Ten pchnął mnie na ścianę i ruszył do łazienki.

- Przekaż Valentine'owi, że nie dostanie Kielicha! - wrzasnęła Jocelyn. Potem przez chwilę panowała cisza.

- Nie, nie, nie! - wrzasnął wściekły Łowca, podszedł do mnie i zaczął dusić. - Gdzie Kielich Anioła?!

- Zaginął - odpowiedziałam, patrząc na mojego oprawcę.

Ten wyrzucił mnie przez okno. Leżałam chwilę, próbując złapać oddech. Karciłam się w myślach, że nie wzięłam stele. Usłyszałam trzaski. Starałam się usiąść, potem zobaczyłam starszą ciemnoskórą kobietę. Wzięła mnie na ręce i zaniosła do mieszkania na parterze. Usłyszałam kroki i przekleństwa Łowców, którzy odchodzili.

- Jest pani Dorothea, prawda? Czarownica? - spytałam.

- Tak. A ty kim jesteś? - zapytała kobieta, mrużąc oczy.

- Rosamaria Williams - przedstawiłam się, przyglądając się kobiecie.

Siedziałam u niej chwilę, gdy usłyszałam biegnącą osobę po schodach. Wyszłam, kierując się na górę. Po chwili usłyszałam wybuch - siła uderzenia spowodowała mój upadek. Wstałam i wbiegłam do środka. Dziewczyna siedziała za lodówką. Zobaczyłam zwłoki demona, który zaczął się regenerować - wbiłam w niego sztylet, a ten zmienił się w popiół.

Nocna ŁowczyniOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz