11

896 39 1
                                        


- Dlaczego? - zapytałam, wbijając spojrzenie w Roberta Lightwooda.

- Tak zadecydował Clave - odparł chłodno.

Otworzyłam drzwi. Hodge cofnął się z wahaniem, a Maryse i Robert mierzyli mnie wzrokiem - jakby oceniali, czy jestem bardziej zagrożeniem, czy tylko problemem.

- Jestem córką Anioła, powinniście...

- Nie wyjdziesz nigdzie, Rosemarie - przerwała mi twardo Maryse, jej głos był niczym zatrzaśnięta brama.

Zacisnęłam pięści.

- Przyjdę na zebranie. Ale teraz muszę wyjść. Jestem wolna, nie należę do waszego zakonu! Clave to banda egoistów! - krzyknęłam, po czym zatrzasnęłam za sobą drzwi z hukiem.

Ruszyłam przed siebie, próbując przekroczyć próg Instytutu... i wtedy coś mnie zatrzymało. Bariera. Uderzyłam w nią dłonią - bez skutku. Drugi raz. Nic. Poczułam narastające w ciele ciepło, jakby fala ognia przebiegała mi pod skórą. Oczy rozszerzyły mi się z zaskoczenia. Uniosłam ręce, a z moich dłoni buchnął ogień. Magiczna bariera załamała się, rozpadła w mgnieniu oka.

Wyszłam na chodnik. Bariera odtworzyła się za mną w ciszy. Maryse wybiegła z budynku, a jej twarz zdradzała zdumienie. Pomachałam jej ironicznie i ruszyłam dalej, rozglądając się ostrożnie - spodziewałam się, że Clave może wysłać kogoś, by mnie śledził.

Kiedy dotarłam do księgarni, było dziesięć minut przed czasem. Luke właśnie obsługiwał klienta. Gdy ten wyszedł, Luke podszedł do drzwi i odwrócił tabliczkę: Zamknięte. Poszliśmy razem na zaplecze. Pomieszczenie było ciasne, wypełnione kartonami i zapachem starych książek. Przy małym stole znajdowały się dwa krzesła - usiadłam.

- Powiem ci o JM, jeśli powiesz mi kim naprawdę jesteś. Zgoda? - Luke zmrużył oczy, jego ton był czysty, bez cienia żartu.

- Zgoda - skinęłam głową. - Jestem sierotą. Wychowano mnie w Idrisie. Valentin Morgenstern zabił moją matkę - Annabelle Gold. Moim ojcem był... prawdopodobnie Gabriel.

- Nazwisko? - dopytał uważnie.

- Anioł Gabriel - poprawiłam. - Moja rodzina interesowała się magią, wzywali anioły, nie wiem dokładnie, co jeszcze robili. Jocelyn spotkałam u Magnusa. Przyszła z Clary. Szukaliśmy wtedy informacji o moim pochodzeniu.

Luke zamilkł na chwilę.

- Znałem twoją matkę - powiedział cicho. - Nie udało mi się jej uratować. Po śmierci Jonathana... Jocelyn była zdruzgotana. Uciekła od Valentina, będąc w ciąży.

- Znałeś ją? - szepnęłam, zaskoczona.

- Była bliska Jocelyn. I mnie. Valentine wykorzystał ją w jednym z rytuałów przyzywających anioły. Uciekła. Dziecko zostawiła w Idrisie. Schroniła się, ale... on ją znalazł. Zabił. Ja uciekłem z Jocelyn.

- Byliście Parabatai? - zapytałam z ciekawością.

- Tak. Ale zakochałem się w niej. To wystarczyło, by mnie znienawidził. Wtrącił mnie do celi z wilkołakami. Jeden z nich mnie ugryzł. I tak przestałem być Nocnym Łowcą.

- Kim jest Jonathan Morgenstern? - dopytałam.

- Starszy brat Clary.

- Gdzie on jest?

- Został z Valentinem.

- Jocelyn go porzuciła?! - oburzyłam się. - Jak można zostawić własne dziecko?

- On nie był już człowiekiem... Valentin od małego wstrzykiwał mu krew demona. Stał się... czymś innym. Kilka tygodni później znaleźliśmy szczątki dziecka i mężczyzny w rezydencji Fairchildów. Jocelyn do dziś opłakuje syna, którego straciła...

- Przykro mi, Luke - powiedziałam cicho. Spojrzałam na zegarek. - Dwunasta. Sporo się nagadaliśmy... Obiecuję: odnajdę Jocelyn.

- Uważaj na siebie. Skoro wtedy cię nie zabił, to czegoś od ciebie chce - powiedział poważnie.

- Będę ostrożna. Pogadam z Clary, spróbuję przekonać ją, żeby cię wysłuchała.

- Dziękuję, Annab... - zaczął, lecz mu przerwałam.

- Rosemarie Williams....Gold. Czasem się mylę - uśmiechnęłam się lekko. - Lecę. Do zobaczenia.

- Do zobaczenia.

---

Po trzydziestu minutach byłam już pod Instytutem, lecz zawróciłam. Coś mnie ciągnęło do Magnusa. Zapukałam, a on otworzył drzwi, obrzucając mnie spojrzeniem spod połyskujących powiek.

- Co? - spytałam zirytowana.

W salonie siedzieli Alec i Jace. Gdy ich zobaczyłam, zrobiło mi się duszno. Podeszłam do Magnusa i szepnęłam:

- Nie wpuszczaj ich więcej, proszę.

Skinął głową. Przeszłam obok nich, mierząc ich chłodnym spojrzeniem.

- Co tu robicie? - zapytałam lodowato, patrząc na łowców.

- Szukamy cię - rzucił Alec.

- Od dwóch godzin - dodał Jace, krzyżując ręce.

- Przecież mówiłam, że wrócę na Konklawe - westchnęłam, biorąc kieliszek wina z powietrza.

- Nie pij - Alec zerwał się z kanapy.

Wypiłam łyk, patrząc mu prosto w oczy.

- Robię, co chcę. A ty lepiej wracaj do swoich rodziców! - syknęłam.

- On przynajmniej ich ma - wtrącił Jace, z chłodną satysfakcją.

Coś we mnie pękło. Wściekłość przelała się przez mnie jak fala ognia. Ścisnęłam kieliszek. Szkło pękło z trzaskiem, kalecząc mi dłoń.

- Zmieniłam zdanie - uśmiechnęłam się złośliwie, z krwią ściekającą po palcach. - Nie przyjdę na Konklawe.

Wyszłam z mieszkania. Znałam te ulice. Skróty. Miejsca, gdzie nikt mnie nie znajdzie.

O szesnastej byłam pod domem Simona. Obok - opuszczony budynek. Usłyszałam szepty. Weszłam tam bez wahania. Przed sobą zobaczyłam Raphaela.

- Sprawdzasz mnie, chica? - zapytał z uśmiechem, jak zwykle nieco drapieżnym.

- Nie. Pomóż mi z tym - podniosłam zranioną dłoń.

Bez słowa wyjął odłamki szkła z mojej skóry. Z sykiem narysowałam Iratze - rana zniknęła.

- Dzięki. Chcesz? - Wyciągnęłam rękę w jego stronę.

Raphael uśmiechnął się z zadowoleniem. Chwycił mój nadgarstek, jego kły wbiły się w skórę. Poczułam krótkie ukłucie, a potem ulgę. Gdy się odsunął, oblizał usta i spojrzał na mnie z błyskiem w oku.

Nocna ŁowczyniOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz