Słyszałam szepty w głowie. Były ciche, ale przerażająco wyraźne. Chciałam krzyknąć, zniknąć, zapomnieć. Wstałam chwiejnie, stawiając kroki jak lunatyczka, przedzierając się przez mgłę własnych myśli.
Po kilkunastu minutach poczułam ulgę - zupełnie niespodziewanie. Zatrzymałam się. Spojrzałam w niebo. Było jasne, zbyt jasne. Świat zawirował. Ktoś położył dłoń na moim ramieniu. Wtedy po prostu... odpłynęłam.
---
Powoli otworzyłam oczy. Świat był rozmazany, a powietrze ciężkie. Dostrzegłam sylwetkę Aleca - siedział tyłem, zgarbiony, jakby cały ciężar tego świata spoczywał na jego barkach.
- Rose? Kiedy ty się, do cholery, obudzisz? - jego głos brzmiał zrezygnowanie.
Usiadłam na łóżku, rozglądając się. Byłam w posiadłości Lightwoodów, we własnym pokoju.
- Już nie śpię - powiedziałam. Odwrócił się natychmiast. - A ty co tu robisz?
- Przyniosłem cię - wyjaśnił spokojnie.
- Ile spałam? - zapytałam, ziewając.
- Około godziny - odpowiedział, obserwując mnie uważnie.
- A Valentine? Uciekł? - moje słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzałam.
- Nie. Clave go pilnuje.
Wstałam. Dopiero wtedy zorientowałam się, że jestem bosa. Wsunęłam buty na stopy, czując na sobie jego wzrok. Podeszłam do szafy, wyjęłam stele i scyzoryk. Odłożyłam je na łóżko, po czym narzuciłam czarny płaszcz. Ukryłam oba przedmioty w wewnętrznej kieszeni.
- Gdzie idziesz? - spytał Alec, unosząc brew.
- Maryse zrobiła obiad - zaczął.
- Miło z jej strony - odpowiedziałam z lekką ironią.
Wstał i podszedł do mnie.
- Wszyscy są zachwyceni pojmaniem Valentine'a. Gdzie jest haczyk? - zapytał podejrzliwie.
- Haczyk? - uśmiechnęłam się blado. - Może taki, że on jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.
- Przepraszam, Rose. Pewnie jesteś zmęczona. Nie chcę cię denerwować - westchnął.
- Nic się nie stało - zdjęłam płaszcz i rzuciłam go na łóżko. - Oby Izzy nie pomagała Maryse.
Alec prychnął, rozbawiony.
- Oby.
Podeszłam do niego. Wyczułam jego niepokój.
- Co z Jace'em?
Spojrzał na drzwi. W tej samej chwili te się otworzyły z impetem. Wpadł Jace, oczy błyszczące w złotym odcieniu.
- Wstała? Mam do niej kilka pytań - rzucił, patrząc najpierw na łóżko, potem na mnie.
- Myślałam, że dasz radę, ale chyba to dla ciebie zbyt duży szok - stwierdziłam chłodno.
- Clary nie jest moją siostrą. Jonathan naprawdę nie żyje. Valentine mnie wychowywał... Jestem w szoku. Ale ty - nic nie mówiłaś! - wybuchł z wyrzutem.
- Nie miałam dowodów. Gdy je zdobyłam, dowiedziałeś się prawdy - odpowiedziałam spokojnie.
- Skąd wiedziałaś, gdzie on jest? - zapytał podejrzliwie.
- Instynkt. Przeczucie. Sama nie wiem - wzruszyłam ramionami.
- Może pogadacie innym razem? Maryse czeka - wtrąciła Isabelle, wchodząc do pokoju.
- Pogadamy po jedzeniu? - spytałam Jace'a.
- Chyba nie mam wyboru - mruknął z sarkazmem. Przewróciłam oczami.
---
Zeszliśmy na dół. Stół uginał się pod ciężarem potraw. Ale zamiast apetytu... zrobiło mi się niedobrze. Zamknęłam oczy, starając się uspokoić oddech.
- Co ci jest? - zapytał Max, zerkając na mnie z troską.
- Jest zmęczona - odpowiedział za mnie Alec.
- Opowiesz, jak złapałaś Valentine'a? - spytał Max z fascynacją.
Jonathan. Pomógł mi. Ale nie z altruizmu... Chce mnie dla siebie. Zostało nam niewiele czasu. Ostatni czas przed egzekucją Valentine'a.
Ktoś pomachał mi przed twarzą.
- Wszystko w porządku? - zapytała Isabelle. - Możemy wezwać Cichych Braci.
- Nie, wszystko gra - wymusiłam uśmiech. Usiadłam między Isabelle a Maxem. Naprzeciwko siedziała Maryse, obok niej Alec i Jace. Czułam się dziwnie, jak nie na swoim miejscu.
- Dzisiaj udało się wywiązać z umowy. Nasza rodzina powoli wychodzi na prostą, dzięki waszej współpracy. Wznieśmy toast za wasze zdrowie - odezwała się Maryse.
- Za zdrowie - odpowiedział jej mąż.
Stuknęliśmy się kieliszkami. Max miał kubek z wodą. Alkohol palił w gardle, ale obiad minął zaskakująco spokojnie. Maryse oznajmiła, że mogę zostać doradczynią Konsula, a Clave szuka rodziców Jace'a. Gdzieś w połowie kolacji odpłynęłam.
Zjadłam tylko porcję sałaty, co sprowokowało Jace'a.
- Królik, nie Anioł - skomentował z przekąsem.
Uśmiechnęłam się tylko. Postanowiłam wyjść na krótki spacer, zanim zapadnie zmrok. Wzięłam talerz i kieliszek do kuchni, zmyłam po sobie. Ciepła woda spłukiwała resztki rzeczywistości. Potem ruszyłam na górę.
Los, jak zwykle, postanowił się zabawić.
Potknęłam się. Schody przyjęły mnie jak dawno niewidzianego wroga. Spadłam, uderzając o kolejne stopnie. Głowa zawirowała.
„Co się ze mną dzieje?"
„To pewnie sprawka mojego ojca..."
Usłyszałam szybkie kroki.
- Rose?! Co się stało?! - Isabelle pojawiła się błyskawicznie.
- Potknęłam się i spadłam... - wymamrotałam.
- Chyba musimy iść do Cichego Miasta - zasugerowała ostrożnie.
- Nie. To chwilowe. Zaraz mi przejdzie - powiedziałam, choć sama w to nie wierzyłam.
Maryse weszła na korytarz.
- Rose, na Anioła, coś sobie zrobiłaś? - jej głos był pełen napięcia.
Wstawałam powoli, z pomocą Izzy. Odsunęłam się, ruszając do swojego pokoju.
Zamknęłam drzwi, zdjęłam buty i rzuciłam się na łóżko. Oddychałam ciężko. Czułam się... inaczej. Jakbym była na haju. Gorąco. Za gorąco. Podeszłam do szafy, ściągnęłam sukienkę, rzuciłam ją w kąt. Wyjęłam starą, za dużą koszulę. Przebrałam się i wróciłam do łóżka.
Leżałam chwilę. Aż oczy same się zamknęły. Zasnęłam.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
FanfictionRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
