Siedziałam na łóżku, już opatrzona. Izzy przyniosła mi świeże ubrania - miękki sweter i czarne legginsy. Przebrałam się w ciszy. Mimo wsparcia i względnego bezpieczeństwa, w głowie wciąż dudniła mi myśl: Zostawiłam telefon. Błahostka, a jednak - jakby część mnie została tam, pośród ciał, popiołu i płonących wspomnień.
Zamknęłam oczy. Skupiłam się i otworzyłam portal. Na jego drugim końcu cichy brat rozmawiał z Izzy, ale zanim zdążyli zareagować, weszłam w szczelinę między światami.
---
Upadłam niemal na kolana. Przed sobą - spalone ciała, resztki potworów. Cofnęłam się odruchowo, zderzając z czyimś ciałem.
- Przepraszam - mruknęłam i uniosłam wzrok.
Alec. Stał tuż przede mną, zaskoczony. Jego oczy rozszerzyły się, jakby zobaczył duchy. Albo... mnie - w stanie, w jakim nie chciał nigdy oglądać. Oczami chłonął każdą ranę, każdy ślad sadzy, krwi, potu. Serce mu przyspieszyło, choć nie powiedział jeszcze ani słowa.
Lydia kucała przy ciałach. Zignorowałam ich spojrzenia i podeszłam do klatki. Tam, wśród zgliszczy, leżał mój telefon. Podniosłam go, lecz w tej samej chwili przez moją głowę przeszył ostry ból. Podparłam się o ścianę, z trudem łapiąc oddech.
- Wnioskując z tego, co mówiła Rose... - zaczęła Lydia, podnosząc się i spoglądając na Aleca. - Valentine przejął ludzkie sekty. Łączy ich krew zaklęciami i tworzy potwory.
Podeszła do niego, wyciągając miecz. Jej wzrok padł znów na mnie. - Rose, co ty tu robisz?
- Przyszłam po telefon - odparłam cicho, spoglądając na rozbitą szybkę.
Alec spojrzał na mnie uważnie. - Czujesz to?
- Coś się pali - odpowiedziała Lydia.
Z dołu zaczął unosić się gęsty, ciemny dym. Płomienie zalśniły w kącie pomieszczenia.
- Podpalili budynek! - krzyknęła Lydia. - Nie ma odwrotu!
Spojrzałam na Aleca. - Podaj mi stele.
Rzucił mi ją bez wahania. Szybko narysowałam na ciele runę niewidzialności, po czym oddałam mu narzędzie. Dym gęstniał, ból głowy przybrał na sile. Czułam się, jakby zaraz miało mi pęknąć czaszko.
- Musimy zejść na dół - odezwała się Lydia.
W tej chwili z mroku wyleciała strzała. Wybiegłam przed nią i przyjęłam cios na siebie. Upadłam na kolana.
- To pułapka! - zawołał Alec.
Zatrzymałam kolejne strzały w powietrzu, lewitujące nad ziemią jak śmiercionośne ptaki. Drugą ręką otworzyłam portal.
- Lydio, zabierz próbki! Wróćcie! - krzyknęłam, opadając na jedno kolano.
W tym samym momencie pojawiły się potwory. Bezwzględne, nieludzkie.
- Zajmę się nimi. Ruszcie się!
Z mojej dłoni wystrzelił niebiański ogień, pędząc w stronę bestii. Gdy podłoga zaczęła się walić, Lydia i Alec przeszli przez portal. Zamknęłam go tuż za nimi. Gdy odwróciłam się, jeden z potworów biegł w moją stronę. Rzucił się... i wylądował na ścianie po ciosie mieczem.
Wbiegłam na strych, roztrzaskując okno. Wysunęłam się na dach, który już płonął. Skupiłam się na ogniu - zniknął, zgaszony moją mocą. Gdy budynek zaczął się kruszyć, rozłożyłam skrzydła.
Ale coś chwyciło mnie za nogę. Odcięłam kończynę stworzenia, chwyciłam ją... i odleciałam.
---
Wylądowałam przed Instytutem, chwiejnie. W środku zrobiło się cicho, gdy tylko weszłam. Nocni łowcy zamilkli, szepcząc coś między sobą. Wszyscy patrzyli na mnie. Alec był wśród nich. Ale nie podszedł pierwszy. Jace zbliżył się, zanim Alec zdążył ruszyć. Uniósł mnie bez słowa, jakby bał się, że się rozpadnę. I wcale nie byłby daleki od prawdy.
W jego ramionach przymknęłam oczy. Poczułam, jak ktoś układa mnie na łóżku. Otworzyłam oczy powoli. W dłoni wciąż trzymałam odciętą kończynę. Puściłam ją z obrzydzeniem. Rozejrzałam się - Sebastian, Izzy, brat Zachariasz.
Drzwi otworzyły się. Do środka weszła Lydia. Bez słowa rzuciłam w jej stronę dłoń potwora. Złapała ją, krzywiąc się z niesmakiem.
- Musisz zdać raport - powiedziała chłodno.
Spróbowałam wstać, ale fala bólu zalała mi czaszkę. Zacisnęłam zęby, oczy zaszkliły mi się od bólu.
- Podaj mi stelę - szepnęłam, a Sebastian natychmiast rzucił mi runiczny przyrząd.
Narysowałam runę Iratze i oddałam mu stelę.
- Miejmy to z głowy - mruknęłam i ruszyłam z Lydią do gabinetu. W środku siedziała Marisa i... Alec.
Zatrzymałam się. Alec podniósł wzrok i zamarł, jakby widział mnie po raz pierwszy. Jakby nie wiedział, czy mam umrzeć za chwilę, czy znów rzucić się w ogień.
- Rose - powiedziała cicho Marisa. Jej głos miał nutę niedowierzania.
Byłam cała w sadzy, krwi i ledwo trzymałam się na nogach.
- Chciałaś powiedzieć, co się stało?
- Po to tu przyszłam - odparłam, siadając naprzeciwko jej biurka.
Streszczałam wszystko, zwięźle. Przekazałam najważniejsze informacje, pomijając emocje. Nie był na nie czas.
- Czekaj - odezwał się Alec, marszcząc brwi. - Zamknęłaś portal?
- Tak. Żeby jeden z tych stworów nie poszedł za wami.
Lydia spojrzała na mnie podejrzliwie. - To jak zgasiłaś pożar i wróciłaś tu?
Uniósł mi się puls. W ręce pojawił się delikatny płomień, po czym zniknął.
- Zabrałam go ze sobą. A wróciłam... - rozwinęłam skrzydła - ...tak.
Blondynka patrzyła z podziwem. Alec nie oderwał ode mnie wzroku.
- Do zobaczenia na jutrzejszym treningu - rzuciła Lydia i wyszła.
Spojrzałam na Marisę.
- Ty i Lydia macie trening o siódmej. Nie spóźnij się.
Kiwnęłam głową i wyszłam. Kiedy dotarłam do swojego pokoju, Izzy już tam była.
CZYTASZ
Nocna Łowczyni
FanfictionRosamarij Williams - sierota, Nocna Łowczyni o oczach skrywających więcej niż wspomnienia. W wieku piętnastu lat, decyzją Clave, została przeniesiona z Idrisu do Nowego Jorku - miasta, które nigdy nie śpi, tak jak demony, które w nim grasują. Czy zd...
