79.

542 18 4
                                        

SOBOTA RANO

Obudziłam się w skrzydle szpitalnym. Powietrze było ciężkie od zapachu ziół i krwi. Blask słońca wdzierał się przez półprzezroczyste firanki, boleśnie rażąc oczy. Spojrzałam w bok. Zakrwawiona pościel i świeży opatrunek wokół talii przypominały mi o wydarzeniach zeszłej nocy.

Odruchowo położyłam dłoń na brzuchu, jakby próbując zatrzymać ból, który tam pulsował - nie fizyczny, lecz ten głęboki, niewidzialny, który wżerał się w duszę.

Nie mogę ich już narażać. Muszę zniknąć, zanim Jonathan znów uderzy.
Dzisiaj. Dziś wyjeżdżam.

Wróciłam do swojego pokoju. Każdy krok był cięższy od poprzedniego. W środku panował półmrok. Spakowałam dwie walizki - tylko to, co najpotrzebniejsze. Reszta mogła spłonąć razem z przeszłością. I tak... mogłam nie zdążyć wyjechać. Jonathan był nieprzewidywalny. Obiecał mi "wycieczkę" - w jego ustach to brzmiało jak groźba, nie zaproszenie.

Zimny prysznic nie zmył z ciała winy. Owinęłam się ręcznikiem, a kiedy weszłam do pokoju - drzwi otworzyły się bez ostrzeżenia.

Jace i Alec.

Zatrzymałam się w pół kroku, ich spojrzenia padły na mnie, a potem na walizki. Chwyciłam z półki ubrania, udając, że sytuacja mnie nie krępuje.

- Wyjeżdżasz? - zapytał Jace, zaskoczony, choć w jego oczach kryło się coś więcej. Niedowierzanie. Złość?

- Tak. - Skinęłam głową. - Dajcie mi chwilę, ubiorę się i pogadamy.

Zamknęłam się w łazience, odcinając od nich cienką barierą pary i ciszy. Wciągając spodnie, czułam jak miękną mi nogi. Jak powiedzieć im, że to koniec? Że odchodzę nie dlatego, że chcę... ale dlatego, że muszę?

Wróciłam do pokoju. Rozmawiali cicho, ale przerwali, kiedy mnie zobaczyli. Sięgnęłam po walizki, ich kółka zaskrzypiały na parkiecie.

- Miałaś zacząć od nowa - powiedział Alec, głosem cichym, ale twardym.

- I tak robię - odpowiedziałam. - Tylko... potrzebuję zacząć gdzie indziej. Odciąć się od przeszłości.

- Czyli po prostu zniknąć. - Jace prychnął. - Jakbyśmy nic nie znaczyli?

Spojrzałam na niego ostro.

- Jonathan chce, żebym wyjechała. I może... może ma rację. Przynajmniej wam nic nie grozi.

Alec zbliżył się o krok.

- Spójrz na siebie. Choć raz mogłabyś zostać, zostać i...

- I co? - przerwałam mu, głos mi się załamał. - Pozwolić, żebyście zginęli? Żeby Max... - urwałam, czując, że grunt usuwa mi się spod nóg. - Co z Maxem?

Zapadła cisza. Dłuższa, niż powinna.

Jace spojrzał na Aleca, potem na mnie.

- Cisi Bracia... nie zdołali go uratować.

Upuściłam walizki. Zatoczyłam się w tył i upadłam na kolana.

- Nie... Nie, nie, nie... - zaszlochałam, a łzy spłynęły po policzkach, jak woda rwąca tamy.

Jace uklęknął obok.

- Rose... - powiedział cicho.

- To moja wina. Nie pomogłam mu. Zostawiłam go...

- Zrobiłaś wszystko, co mogłaś. Powiedział, że ci dziękuje. Że nie masz się obwiniać... On sam podjął decyzję. Chciał dorwać Jonathana.

Podniosłam się. Moje łzy zaczęły wysychać, a ich miejsce zajął ogień. Złość. Rozpacz.

Wybiegłam z pokoju. Na korytarzu minęłam kilku łowców, nie patrząc im w twarz. Gdy dotarłam do głównej sali, zobaczyłam Marisę i Roberta.

- To wasza wina! - krzyknęłam. - Jak mogliście go nie dopilnować?! To było tylko dziecko!

Marisa zbladła, spuściła wzrok.

- Zabił go Jonathan - wyszeptała.

- Gdybyś pilnowała własnego syna, Max by żył! Jak możesz jeszcze prowadzić instytut?! - W moim głosie nie było już łez, tylko furia. - Max był mądry, dzielny, ciekawski...

- ...i uwielbiał kryminały - dokończyła słabo Marisa.

- Nie - syknęłam. - Uwielbiał japońskie komiksy. Nawet tego o nim nie wiedziałaś. Co z ciebie za matka?

- Rose... - Robert zrobił krok w moją stronę.

- Nie, Robercie. Nie po tym, co się stało.

Złapałam walizki i ruszyłam w stronę dziedzińca. Powietrze było rześkie, a niebo zbyt niebieskie jak na taki dzień. Narysowałam runę - portal rozwarł się przede mną jak rana w przestrzeni.

Za mną cicho zabrzmiał głos Jace'a.

- Nawet się nie pożegnasz?

Odwróciłam się. Stał tam z Isabelle i Alekiem. Oboje bladzi, jakby śmierć Maxa wydarła im połowę serca.

Podeszłam bliżej.

- Kocham was - powiedziałam drżącym głosem. - Ale nie zniosę tego dłużej. Izzy... jesteś silna. Poradzisz sobie. Jace - opiekuj się nimi.

Spojrzałam na Aleca. Milczał. Patrzył na mnie z bólem, jakiego nigdy u nikogo nie widziałam.

- Alec... przepraszam. To... to powinnam być ja, nie Max. I mimo tego, co czuję do ciebie, muszę odejść. Nie mogę zostać, nie po tym wszystkim.

Jego usta poruszyły się jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk.

Zamknęłam oczy i weszłam w światło portalu. Świat zawirował, a kiedy znów otworzyłam oczy - byłam już w Instytucie w Los Angeles.

Samotna.

Ale bezpieczna dla innych.

I TO KONIEC TEJ CZĘŚCI

ZAPRASZAM WAS DO 2 CZĘŚCI

TO OPOWIADANIE JEST JUŻ PO KOREKCIE DZIĘKUJE ZA POPRAWIANIE MOICH BŁĘDÓW W KOMENTARZACH 🤍

Nocna ŁowczyniOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz