Z pieca zwieszały się ususzone kwiaty i zioła, z których dawno uleciał świeży zapach życia. Inny zapach, rozkładu i starości, łaskotał go teraz w nos. Stęchła woń dawnej śmierci unosiła się w powietrzu i wywracała jego żołądkiem.
Na środku stołu wnosiły się dwie złote góry: chleb na koronkowej serwetce, a obok niego miseczka masła. Wyglądały na świeże i sycące, ale ból, znużenie i mdłości były większe niż głód.
— Dobre jedzenie — zauważył Hans, chociaż tak naprawdę ledwo go skosztował.
Trupia biel korzeni pietruszki na przemian wynurzała się i tonęła w rozdygotanych falach zupy. Musiał puścić brzegi miski, która ogrzewała mu dłonie, żeby powstrzymać atak choroby morskiej. To od ich dotyku trzęsła się zupa.
— Każde jedzenie jest dobre — stwierdził Tor.
— Tak, no może — zgodziła się Kruszyna — ale nie każdemu udaje się taki lapskaus* jak Astrid Setäli, co? — Uśmiechnęła się niewinnie do swojej porcji i poinformowała Hansa: — Ona robi prawdziwy, gęsty gulasz, a szczyt moich możliwości masz właśnie przed sobą – ale nie mogę namówić ojca, żeby wyciągnął od niej przepis, bo najwyraźniej... Ugh! — Zaklęła pod nosem, kiedy łyżka wysunęła się jej z palców i wylądowała pod stołem. — Pappo! Czy ty mnie właśnie kopnąłeś?
— Ajuści! Kocopoły opowiadasz — wymamrotał Tor. — To pewnie kot.
— Przecież miałeś go nie wpuszczać do domu!
— A ty miałaś dać mu spokój.
Przekomarzali się zupełnie tak, jakby go tam nie było, a Hans ze zdziwieniem zauważył, że mu to nie przeszkadza – bo gdyby ich uwaga została skierowana na niego, pytania mogłyby doprowadzić do rozmów, których nie zamierzał odbywać.
W tej chwili zdał sobie sprawę z wartości ciszy.
W domu cisza była karą.
Przypomniał sobie ostatni przed wygnaniem wieczorek w stowarzyszeniu O-Nie-Tylko-Nie-Hans, które nagle zostało przemianowane na Zjednoczony Front Przeciwko Hansowi, bo wszystko zostało już ustalone pod jego nieobecność – uwagi, jakie mogą zostać wymienione i sposób, w jaki będzie traktowany.
Wszyscy mieli na twarzach maski i uśmiechy z portretów, namalowane i nieprawdziwe. To była przecież ich ulubiona gra rodzinna: w pozory.
Tutaj cisza była przywilejem, strategią, życzliwym przyjacielem.
Hans pozostawał więc cicho i liczył swój oddech w mijających sekundach, dokładnie tak, jak robił to w cieniu ulubionego zegara chère maman w bibliotece.
— Brzmi dobrze, Loki?
Liczenie rozpłynęło się w nicość, kiedy usłyszał nowe imię. Nawet nie wiedział, czego od niego chcą. Które z nich.
Uniósł dłoń do splątanych włosów, które znów opadły mu na twarz, i się skrzywił. Cała czaszka go bolała. Loki — pomyślał, kiedy ból powoli zaczął ustępować. Bóg oszustw i ognia. Chociaż uszczypliwe, było o wiele bardziej trafne niż Hans – „Bóg jest łaskaw".
Tylko jedno się nie zgadzało. Loki był ojcem potworów, nie ich synem.
◊ ◊ ❈ ◊ ◊
Powiedzieli, że będzie mógł zostać tak długo, jak zechce – aż dojdzie do siebie i rany się wygoją. Ale Hans wiedział, że żadna życzliwość nie może trwać aż tyle, a najgorsze rany to te, które nie krwawią.
CZYTASZ
Heimr Árnadalr
Fanfiction„Przeszłość ma w zwyczaju powracać. A gdy to nastąpi... musimy być przygotowani". Brzemię klątwy królowej zaczyna ciążyć całemu królestwu. Księżniczka musi walczyć o swoje szczęśliwe zakończenie z dawnymi demonami. Na wydobywcę lodu zostają nałożone...
