Nad Półwyspem Rybackim przetoczyła się granatowa chmura, przecinając twarz Hansa strugami deszczu.
Wcale nie płakał po raz ostatni, kiedy miał sześć lat. Płakał jeszcze w wieku dwudziestu czterech, na tym samym wyjałowionym wybrzeżu, które teraz przemierzał.
A później jeszcze raz, przed dziewczyną, która właśnie odeszła, chociaż on powinien był zrobić to pierwszy. Został na tyle długo, że nauczył się pić kawę parzoną na jednych fusach tak długo, aż bardziej przypominała mu bagnistą wodę, którą dźwigał ze studni.
Na Nasturii dopiero po tym, jak podano mu filiżankę (z wyszczerbionej i delikatnie pożółkłej w środku, ale nadal miśnieńskiej porcelany), wstawał z łóżka – jeśli wąską pryczę ze słomą pod prześcieradłem można było nazwać łóżkiem. Prawie jak w domu, gdzie jeszcze nie przepadał za zbyt gorącymi napojami, doceniał lód i zazdrościł go Arendelle.
Cisza i wiatr pożerały czas.
Plaża przed nim wznosiła się łagodnie, żeby na końcu wtulić się w ramiona gór, od których się odwrócił. Blade plamy wysp przed nim przypominały powrzucane do wody patyki i gałęzie.
Pochylił się do przodu i osłonił oczy dłonią, ale po jego policzkach dalej toczyły się krople wody, i nagle poczuł, że brzeg, po którym idzie, to tylko cieniutki, cieniusieńki skrawek lądu na niekończącym się morzu.
— Aye, ta Merete to nieźle człekowi potrafi zawrócić w głowie, co — zagadnął po angielsku jakiś mężczyzna. Miał tak silny akcent – szkocki? – że Hans dopiero po kilku sekundach, które odebrały mu szansę na odpowiedź, zrozumiał, co do niego mówi.
Lubił myśleć, że zdobywanie serc innych przychodzi mu niemal tak łatwo, jak ich łamanie.
Być może Kruszyna była do niego podobna.
— Och, spierdalaj — odparł inny głos, równie ciężki od bełkotliwego akcentu, ale z jakiegoś powodu odrobinę przyjemniejszy. — Na twoim miejscu trzymałbym się z daleka od Kalifornii — zwrócił się do Hansa, który profilaktycznie zmrużył oczy i podniósł na niego wzrok, zapominając, że stoi teraz od zawietrznej.
— Kalifornii?
— Aye. Tak każe na siebie mówić, bo wiesz, w bójkach trochę stracił, ale na gorączce złota się trochę dorobił, więc... — Mężczyzna zrobił nagły ruch, który przykuł uwagę Hansa: uniósł dłoń, wyszczerzył zęby i postukał w nie palcem, a wtedy poznał w nim osiłka, który uśmiechał się do Kruszyny. Przypomniał sobie co prawda, że nazwał ją „kuzynką", ale Hans świetnie pamiętał o swoich własnych arendellskich kuzynkach, i wszelka możliwa sympatia do tego człowieka natychmiast z niego uleciała.
Sztywno pokiwał głową i zaczął przyglądać się odległym drzewom widocznym ponad szerokim ramieniem. Kołysały się gwałtownie na wietrze, jakby wściekłe na nagłą zmianę pogody.
Pomyślał, że przypominają trolle, te złowrogie istoty, które pragną do dopaść. Pożreć, ponieważ jest obcy w tym miejscu.
— A tobie jak było? Bo wydaje mi się, że Axel cię szukał, podejrzewam, że chce cię przedstawić ojcu. Nie przyjmujemy pasażerów na gapę, nawet z poręczenia. Więc, John...? – chyba jakoś tak?
— Jakoś tak — zgodził się Hans i sam się zdziwił, jak pewnie zabrzmiał jego głos. W środku każda żyłka się w nim trzęsła.
◊ ◊ ❈ ◊ ◊
— Johnny!
CZYTASZ
Heimr Árnadalr
Fanfiction„Przeszłość ma w zwyczaju powracać. A gdy to nastąpi... musimy być przygotowani". Brzemię klątwy królowej zaczyna ciążyć całemu królestwu. Księżniczka musi walczyć o swoje szczęśliwe zakończenie z dawnymi demonami. Na wydobywcę lodu zostają nałożone...
