1838
— Co mi przywieziesz?
— A co byś chciała? — odpowiedział pytaniem Papa, unosząc ją do góry. Dünchen za tym nie przepadała, bo obrączki pierścieni, które nosił, zawsze nieprzyjemnie wbijały się wtedy w żebra, czasem aż do siniaków, ale zachichotała, kiedy nastroszone wąsy połaskotały ją w policzek. Pachniały woskiem i miała wrażenie, że zostawiły po sobie niewidzialny tłusty ślad.
— Chciałabym mieć się z kim bawić — wyznała.
— A to ci dopiero. — Papa zastrzygł wąsami jak obdarty kot, którego widywała czasem, jak wałęsa się po dziedzińcu. Miał wąsy cyrkowca, sam tak twierdził, bo on i Drugi Max (jak nazywał wuja, i jak wuj nazywał jego) „nadawali się tylko do cyrku, nie do rządzenia" (jak mówił Papa – i „nie do rządzenia, choćby rodziną" – jak mówiła Mama). — Pomyślałby kto, że masz za mało rodzeństwa.
Dünchen wygięła usta w podkówkę i zadarła podbródek, żeby na pewno tego nie przeoczył i zrozumiał, że żart wcale jej nie rozbawił.
Ze wszystkich chłopców tylko Friedl był dla niej miły, co nie miało zbyt wielkiego znaczenia, bo jednocześnie też był o całe dziewięć lat starszy i świeżo zaręczony, a poza tym jemu Papa obiecał egipską mumię. A z małej Frid było dokładnie tyle samo pożytku, co z jej lalek, ale one przynajmniej nie płakały.
— No, zobaczymy, co da się zrobić — obiecał wreszcie, i to był jego sposób na powiedzenie „do widzenia", bo cofnął się o kilka kroków, ominął Mamę zarówno wzrokiem, jak i wyciągniętą ręką, którą złapał za uzdę Nila i przerzucił nogę nad ciemnym końskim grzbietem.
...
Friedl dostawał swoje własne listy, a Dünchen i Rupert musieli się nimi dzielić. Na szczęście Rupert o wiele bardziej lubił się popisywać niż nie lubił się dzielić.
Kiedy rozłożył arkusz i zaczął czytać, Dünchen ucieszyła się, że Luzi i Frid są jeszcze za mali, żeby cokolwiek zrozumieć, a miss Pemberton, guwernantka, mówi tylko po francusku, bo mogła zamknąć oczy i wyobrażać sobie, że wszystkie te słowa skierowane są wyłącznie do niej, że jest co najmniej równie ważna, co mina Ruperta.
Słońce tańczyło jej pod powiekami w fioletowych plamkach, które szybko zmieniły się w kwiaty hibiskusa – zmęczone, coraz ciemniejsze, wreszcie sczerniałe. Ich nadpalone słońcem głowy opadały ku ziemi i porastającym je zrudziałym trawom.
Bliski Wschód pachniał wrzosami i wolnością.
Papa opisywał, jak jodłowali podczas wspinaczki na piramidę Cheopsa, na szczycie której wuj Max zagrał później na cytrze. Zapowiadał, że następnego dnia wybierają się na targ niewolników w Kairze, i że ma już chyba pomysł na prezent dla niej, więc może zacząć myśleć nad imieniem dla swojego nowego przyjaciela.
Dünchen aż się zatchnęła. Miała wrażenie, że całe powietrze zostało wyssane z jej płuc. Z podniecenia aż rozbolał ją brzuch. Głowa nie bolała jej za to wcale, bo nad niczym nie musiała się zastanawiać; już od chwili, kiedy o niego poprosiła, było dla niej oczywiste, że to będzie Ailo.
Bała się tylko, że jeśli oczekiwanie się przeciągnie, będzie musiała zapytać Mamę, czy podzieli się z nią proszkiem bromowym – a wiedziała przecież, że na kolejny list, nawet, jeśli Papa wysłał go tylko kilka dni później, może czekać jeszcze całymi tygodniami.
Ale już nazajutrz nadszedł telegram od wuja Maxa i zaczęło boleć ją serce.
...
Papa zaraził się żółtą febrą. Dünchen nie rozumiała, dlaczego tak się nazywa, bo nie widziała ciała, tylko pośmiertną fotografię, na której twarz Papy była szara i spokojna, tylko o ton ciemniejsza od materiału wyścielającego trumnę. Tylko białą koronkową chusteczkę z rdzawą plamą nad inicjałami, nad którą Mama tylko kręciła nosem, ale ostatecznie pozwoliła jej zachować. Tylko czerń wszystkich nowych sukienek, które dla niej zamówiono, i czerń ubrań wszystkich dookoła, zupełnie, jakby nagle z rodziny książęcej zmienili się w stado kruków.
CZYTASZ
Heimr Árnadalr
Fanfiction„Przeszłość ma w zwyczaju powracać. A gdy to nastąpi... musimy być przygotowani". Brzemię klątwy królowej zaczyna ciążyć całemu królestwu. Księżniczka musi walczyć o swoje szczęśliwe zakończenie z dawnymi demonami. Na wydobywcę lodu zostają nałożone...
