Dostał pokój na tym samym piętrze, na którym znajdował się gabinet Hænninga, tuż za zakrętem korytarza – i oprócz szczegółowych instrukcji, jak do niego trafić, jeszcze bardziej zbędne towarzystwo onieśmielonej pokojówki.
Nie pytał o wiele, ale i tak odpowiadała mu wyłącznie dygnięciami, zbyt zahukana nawet na to, żeby podnieść na niego wzrok. Przez całą drogę zdążyła zajść mu za skórę na tyle, że zdecydował się nie schodzić na śniadanie.
Przyniosła mu je na tacy i zostawiła pod drzwiami, ale nawet nie zapukała. Hans znalazł je dopiero w porze lunchu, jajka na zimno i zimne plastry mięsa na wystygłych grzankach.
Próbował sobie wmówić, że kolejne niestawienie się w jadalni nie ma nic wspólnego z mężczyzną, który zajmował miejsce na krześle w korytarzu. Podniósł głowę na dźwięk jego kroków. Miał pustą twarz w znacznej części zajętą przez oczy, ale nie wyglądał, jakby był z Vernet – tylko czy oni kiedykolwiek wyglądali, jakby byli?
Z dołu doleciał dziecięcy okrzyk, być może zza okna. Jakiś chłopiec wygrał w zabawie. Porcelana zabrzęczała, kiedy Hans trącił tacę czubkiem buta, i mógł udać, że tylko po to wyszedł.
Mężczyzna powoli i uważnie podążał w ślad za nim wzrokiem, aż z powrotem, dobrowolnie, zamknął się w swojej celi.
Sam czuł się teraz jak pionek na szachownicy, w pełni kontrolowanej przez ojca.
Nie powiedziano mu, że nie może wychodzić – podobnie jak nigdy nie dostał oficjalnego zakazu opuszczania Nasturii. Procesu też nie dostał. Drobny druk w głównym wydaniu wiadomości mówił sam za siebie, zesłanie eksksięcia zmieniło się w naglące kwestie oczekujące uwagi hrabiego w zamorskiej posiadłości.
Ważne były dwie kwestie: żeby nie wiedziała opinia publiczna i żeby wiedział Hans.
Usiadł na łóżku, materac ugiął się pod jego ciężarem, o wiele za miękki – i odruchowo, przesiadł się na podłogę. Postawił przed sobą spodeczek, filiżanka kołysała się na nim jak samotna wyspa w morzu wylanej herbaty. Hans położył się na brzuchu, żeby ją wypić, ale był tak głodny, że musiał wrócić myślami do pierwszego popołudnia w chacie Hellandów, złocistego chleba w odcieniu skóry Kruszyny, którego nie był w stanie utrzymać w żołądku, jej oczu odbijających promienie słońca, i przypomnieć sobie: p i j , nie gryź – odwrotnie niż z jedzeniem, które najpierw należało przeżuć.
Zielonkawa obwódka wokół żółtek jajek gotowanych zdecydowanie dłużej niż idealne siedem minut, zakrzepłe masło, które musiało wcześniej stopnieć na gorącej tarczy chleba – nic nie mogło sprawić, że perspektywa napełnienia żołądka przestała być kusząca.
Ale wędlina, do której podano konfiturę żurawinową pęczniała mu w ustach, za łatwo rozpadała się pod naciskiem zębów, tłumaczył to sobie tym, że po prostu za długo leżała w słońcu, syrop był odrobinę za rzadki (jeśli służba kuchenna była równie kompetentna, co pokojowa, nie było się czemu dziwić), wcale przecież nie przypominała padliny, løver-ikke-mus – i chociaż przez cały ten czas tak tęsknił za smakiem mięsa, musiał poddać się po pierwszym kęsie.
Otarł palce i nakrył talerz zmiętą serwetką jak całunem. Podparł się na łokciu, dotknął palcami drobnych rys we froterowanym drewnie, ostrożnie wyciągnął rękę, żeby przechylić imbryk i dolać sobie jeszcze odrobinę herbaty. Mocna, czarna, pachnąca dokładnie tak, jak w dniu, w którym Gustav go zostawił. „Napój z obłoków i mgieł", powiedziała Catherine, czarująca jak zwykle, ale on jej nienawidził, bo chociaż już stała się żoną, dla niego była największą dziwką w historii i nie miał powodów, żeby jej wierzyć, w końcu wcześniej widział liście, z których go parzono.
CZYTASZ
Heimr Árnadalr
Fanfic„Przeszłość ma w zwyczaju powracać. A gdy to nastąpi... musimy być przygotowani". Brzemię klątwy królowej zaczyna ciążyć całemu królestwu. Księżniczka musi walczyć o swoje szczęśliwe zakończenie z dawnymi demonami. Na wydobywcę lodu zostają nałożone...
