79. Ostatnie godziny

10 3 0
                                        


Lord Peterssen poplamił jej dłoń krwią, kiedy schylił się, żeby ucałować ją na pożegnanie.

— Wybacz, pusling — wymamrotał, niezdarnie przesuwając kciukiem po jej kłykciach, jakby w ten sposób mógł pozbyć się plamy, a później z westchnieniem cofnął rękę i uniósł ją do nosa.

Anna czuła, jak ciepła smuga wędruje po skórze. Materiał rękawiczki stał się jakby odrobinę bardziej czarny i zaczął nieprzyjemnie lepić się do kostek.

— Czy doktor Foss nie powinien tego obejrzeć? — szepnęła, mrużąc oczy. Przenikliwy wiatr wiał jej prosto w twarz, ale to nie z jego powodu zadrżała.

Tak naprawdę chciała zapytać o proces, ale podejrzewała, że nie dostanie odpowiedzi, na jaką liczyła. O tym, co najważniejsze, i tak wszyscy już mówili: uniewinnieni.

Więc zmilczała – z tego samego powodu nie odzywała się już do Todderuda, Kaia i kapitana Madsena, bo jeśli oni nie zamierzali nic mówić, to ona też nie. Postanowiła nie dawać im satysfakcji rozmowy – ponieważ rozmowy były satysfakcjonujące. Przynajmniej zdaniem Anny.

— Doktor Foss ma teraz zgoła inne sprawy na głowie, prawda? — odparł lord Peterssen, mrugając do niej znad fularu w rzuciki, którym próbował zetrzeć krew.

Chodziło mu o nią czy o Elsę? Wciąż nigdzie nie widziała siostry. Więc może jednak o nią? Ale Annie przecież nic się nie stało, nabiła sobie tylko kilka nowych siniaków, wielkiemico. Doktor sam przyznał jej rację, kiedy powiedziała, że przecież zaraz jedzie do B a d e n , a gdzie niby miałaby się lepiej poczuć niż tam – a może był po prostu zbyt zajęty warzeniem jakichś nowych podejrzanych tynktur dla Elsy, bo nalegał tylko, żeby przynajmniej do jej powrotu postarała się nie wstawać.

— Co się panu właściwie stało? — Starała się nie dotykać sukni, sięgając po chusteczkę. Podała mu ją w dwóch palcach. Były zgrabiałe i sztywne, zupełnie, jakby niepokój tkwił w każdym mięśniu. — Proszę!

Dopiero kiedy lord Peterssen przyłożył ją do nosa, zauważyła, że jest spuchnięty – ale raczej nie złamany? Zawsze był garbaty. I chyba nie krwawił zbyt mocno, materiał nie wydawał się przesiąkać – chociaż, z drugiej strony, brzeg fularu nabrał osobliwego połysku, a jej chusteczka była czarna. W rogu połyskiwały tylko krzywe srebrne inicjały.

— Ach, cóż... — Machnął wolną ręką i wyraźnie zwlekał z odpowiedzią. — Czyż on nie jest wybuchowym młodym człowiekiem?

Odpowiedział mu turkot kół powozu i chrupanie liści kruszących się pod końskimi kopytami. Nie było mrozu, liście powinny tylko szeleścić...

Anna odruchowo zapięła guzik pod szyją i poprawiła kaptur wełnianego płaszcza, który nagle wydał się cienki jak letni pudermantel. Nie była w stanie kiwnąć głową, ale starała się mrugnąć jak najbardziej potakująco.

Nie podejrzewałaby Go o taką brutalność – ale znowu, o wyrachowanie też nie podejrzewała.

Łamanie nosów, łamanie serc, co za różnica. Mimo wszystko to by do Niego pasowało.


◊ ◊ ❈ ◊ ◊


Anna zatrzasnęła książkę, kiedy pan Lorry po raz piąty „współczującym spojrzeniem objął złociste loki"* panny Manette. Nie mogła się skupić. Odgarnęła pasmo własnych włosów za ucho z ponurym przekonaniem, że zaraz osiwieje. Gdzie się podziewała Elsa?

Heimr ÁrnadalrOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz