1 stycznia 1819
Molti przedarł się przez panującą w bawialni wrzawę i zatrzymał przed szezlongiem w pokłonie tak szybkim, że aż karykaturalnym. Birger się skrzywił, spodziewając się trzasku kości, ale poczuł zupełnie inny: głuche, tępe szarpnięcie w żyłach.
— Ojciec chce cię widzieć. — Sploty epoletu podrapały go w policzek, kiedy się wyprostował. Jego oczy odbiły się w czaszy kieliszka, tuż nad krawędzią bulgoczącego szampana, blade jak szron, pełne niepokoju, który zamaskował małym łykiem alkoholu.
— Teraz?
Zęby zazgrzytały na krawędzi kieliszka. Miał wrażenie, że połknął odłamki szkła, które rozcinają go od środka. Jakby od pierwszej diagnozy tylko na to czekał, aż wszystko skończy się równie szybko, jak się zaczęło, nagłym spazmem bólu, dłonią zatrzymaną w połowie drogi do jego ramienia, bez ostatnich słów, które wypowie ktoś inny: umarł król, niech żyje król.
Oparł się o poduszkę, żeby – coś zrobić – wstać, ale najpierw zatrzymały go palce Moltiego, boleśnie wbijające się w ścięgna nad obojczykiem, a później jego twarz.
Gładko ogolony, z gładko zaczesanymi do tyłu włosami w kolorze polerowanego orzechowego drewna otaczających ich mebli, z płynącymi gładko słowami byłby idealnie zwyczajnym, i d e a l n y m Moltim – gdyby tylko ze ściągniętymi rysami i zmęczonym uśmiechem nie wydawał się teraz jakiś obcy i nieporadny. Pokręcił głową.
— Rano – albo po południu, w zależności od tego, o której uda ci się wstać. Noc jeszcze młoda. — Poprawił mu szarfę na ramieniu, przytrzymał dłoń odrobinę dłużej niż to było konieczne. — Nie martw się, wciąż jesteś księciem.
Birger zatrzymał rozkołysanego słonia, który dźgał go trąbą w pierś w rytm uderzeń serca.
— Na twoje szczęście, bo ja w życiu nie przyznałbym ci tytułu pazia.
— Teraz przemawia przez ciebie zazdrość żółtodzioba — skwitował Molti, prostując się. Cofnął dłoń, splótł ją za plecami razem z drugą i ostrzegł: — Nie nadymaj się tak, bo zaraz coś...
— Mogę prosić o uwagę? — Przez gwar przebił się głos Jorid. — Chciałabym zaproponować grę.
Trzask.
Birger musiał zamrugać, przetrzeć oczy – poczuł ukłucie mrozu na powiekach, strzepnął palce i zauważył, jak śnieżny pył srebrzy powietrze. Czuł się na to wszystko zdecydowanie zbyt trzeźwy.
— No pięknie — westchnął Molti, a on, chociaż już wiedział, na wszelki wypadek, ale bez większego przekonania zakręcił jeszcze kieliszkiem. Szampan ani drgnął; mróz ściął go do mlecznego bursztynu.
Do diabła.
Przesunął palce z nóżki na czaszę kieliszka, przytulił go do piersi i syknął:
— Jorid! — Zabrzmiało bardziej jak skarga niż nagana; szezlong zaczął kołysać się pod jej ciężarem. Jego spojrzenie przykuł najpierw błysk kamei na staniku, a później nagich kostek, kiedy siostra podwinęła suknię, żeby wspiąć się na podłokietnik. Miał ochotę szarpnąć ją za rękę i ściągnąć na podłogę, zanim o n a ściągnie wstyd na nich wszystkich, ale wtedy jej stopa wylądowała tuż między jego nogami i był zmuszony się cofnąć.
Podeptała go po udzie w drodze na oparcie, od którego natychmiast taktycznie odsunął się Molti. Birger się szarpnął, dłoń z kieliszkiem odskoczyła i gdyby tylko to wszystko było bardziej rzeczywiste, jego zawartość powinna się wylać.
CZYTASZ
Heimr Árnadalr
Fanfiction„Przeszłość ma w zwyczaju powracać. A gdy to nastąpi... musimy być przygotowani". Brzemię klątwy królowej zaczyna ciążyć całemu królestwu. Księżniczka musi walczyć o swoje szczęśliwe zakończenie z dawnymi demonami. Na wydobywcę lodu zostają nałożone...
