71. Ani słowa

13 3 0
                                        


Gałęzie dzikiej róży smagały go po twarzy. Kristoff uniósł ramię, żeby się przed nimi osłonić, i zapatrzył w gasnące popołudniowe światło. Pomyślał, że teraz jest idealny czas, żeby się odwrócić i uciec – żeby zniknąć jak cień po zachodzie słońca.

Istniały przecież miejsca, gdzie pory roku były prawdziwe, gdzie zima nie musiała trwać dwunastu miesięcy, nawet nie sześć, jak na Północy – tylko trzy.

Przystanął, kiedy spomiędzy drzew w pełni wyłonił się wóz Juhaniego.

Kolejna idealna okazja minęła, niewykorzystana.

— Dłużej się nie dało? — rzucił kuzyn. Stał oparty o falujący bok Hilli – bez Svena nie było już „poron", tylko „kusema", i Kristoff zaczynał tego żałować, bo każdy postój odwlekał dotarcie do Arendal w czasie.

Próbował się przekonać, że dobrze zrobił, zostawiając renifera u cioteczki – przynajmniej dzięki temu wreszcie przyjęła od niego trochę pieniędzy – ale wciąż przyłapywał się na tym, że wraca do niego myślami.

— Boisz się, że właśnie po raz ostatni szczałeś w lesie? — zapytał Jens. Juhani rzucił w niego nadgryzionym lompe*, który złapał w locie. — Och, daruj. — W przepraszającym geście położył dłoń na ramieniu Kristoffa i strzepnął mu z kurtki kilka okruchów, które na niej rozsypał. — Pan szczał?

— Nie wkurwiaj mnie, stary, jeśli sam nie chcesz zrobić dzisiaj kilku rzeczy po raz ostatni.

Jens cofnął rękę. Między palcami zalśniło masło. Otworzył usta, ale – cokolwiek chciał odpowiedzieć – Juhani mu w tym przeszkodził.

— Dobra, panienki, kończcie bal, musimy się zbierać.

Kristoff skinął głową. Bezruch nigdy nie przynosił nic dobrego.

Wiedział, że im wcześniej dotrą do stolicy, tym większe będą mieć szanse na znalezienie przyzwoitego noclegu – wcale nie był tylko pewny, czy tego chce.

— Ale chyba nie tak bez ostatniego tańca? — Jens gładko podjął żart. — Ma pan jeszcze miejsca w karneciku, baronie?

— Ani jednego — uciął bezlitośnie Kristoff i wykorzystując fakt, że przyjaciel pospiesznie pochłania kolację, zajął jego miejsce na koźle. — W końcu jestem teraz dobrą partią, pamiętaj.


◊ ◊ ❈ ◊ ◊


Anna w milczeniu wierciła się na swoim kufrze podróżnym. Przez otwarte drzwi wyglądała na pusty i cichy korytarz, którym tylko od czasu do czasu ktoś przechodził – wszyscy jak zwykle byli bardziej zajęci od niej.

Nawet zegary tykały jakoś ciszej niż zwykle.

Kątem oka widziała swoje potrojone odbicie w lustrze, z każdej strony żałobne, i wystającą spomiędzy szczęk zamka koronkę halki. Pochyliła się, żeby wepchnąć ją do środka, poczuła na policzku ukąszenie zimna i jęknęła:

— Olaf! — Na czarnej spódnicy zaczynały topnieć białe płatki śniegu; jego chmurka unosiła się tuż nad jej lewym kolanem. — Myślałam, że już o tym rozmawialiśmy.

Wyprostowała się. Bałwanek wzruszył ramionami, palce z patyków otarły się o siebie i ten dźwięk przypominał rozniecanie ognia. Ciepło-zimno. Anna mimowolnie zadrżała. Zimno-ciepło.

— Czemu tak siedzisz? — zagadnął Olaf.

— Bo kufer nie chce się zamknąć.

Gerda doradziła jej, żeby na nim usiadła. Powiedziała, że po kilku minutach nacisku zawartość w końcu się podda i wieko się domknie.

Heimr ÁrnadalrOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz