Lampa zgasła, gdy tylko Elsa przesunęła dłonią obok klosza. Żółte światło było przedłużeniem łuny, która właśnie oddzielała się od morza za oknem.
Oparła dłonie o parapet i przelotnie zerknęła na swoje rozczłonkowane przez ciemne szprosy odbicie. Wyglądała w nim mizernie i niepozornie; włosy koloru śmietany, usta sine jak pieczęć.
Przez chwilę miała wrażenie, że nie patrzy na siebie, że to jakieś obce palce bębnią w drewno, obce paznokcie zahaczają o luźne nitki we wnętrzu rękawiczek.
Całe ręce, gdy pozwoliła sobie na nie zerknąć – tylko raz – były niebieskie, bezkrwiste i poprzecinane ścieżkami szronu, który wędrował tuż pod skórą. Przedramiona stanowiły przedłużenie rękawiczek, idealnie stapiały się z nimi barwą. Ten widok wywołał zawroty głowy i mdłości, więc nie spojrzała ponownie.
Przeniosła wzrok na fiord. To on stanowił prawdziwą bramę Arendelle, jedyną, która nigdy się nie zamykała. Maszty statków lśniły jak polerowane złoto. Pomyślała, że gdyby Anna weszła na pokład jednego z tych, które odbijały w porze lunchu, teraz byłaby już daleko poza jej zasięgiem.
Ona lunchu też nie zjadła, podobnie jak obiadu. Nawet nie podniosła pokrywy z tacy, o którą nie prosiła, a którą jakiś nadgorliwy służący wniósł do gabinetu – jej żołądek był zbyt pełny trzepoczącego lęku.
Przestań — skarciła się, nagle żałując, że okno gabinetu mimo wszystko, zamiast na wschód, nie wychodzi na góry. Dość.
Anna nigdzie się nie wybierała. Ona też nie. Nie teraz – jeśli nic się nie zmieni – nigdy.
◊ ◊ ❈ ◊ ◊
Gardło bolało Annę już tylko od zimna, które zatkało w nim słowa.
Na powrót założyła rękawiczki, przed wyjściem do ogrodu zabrała też płaszcz – uznała, że skoro w obecnym stanie wolno jej otrzymywać propozycje matrymonialne, jest też już na tyle zdrowa, żeby pospacerować – wełna powinna zapewniać ciepło. Właściwie to robiła, ale tylko pozornie, na powierzchni – bo w środku szmerał lód, żyły zimna rozchodziły się od serca we wszystkich kierunkach.
Czuła się samotna.
Czy Elsa czuła się tak przez cały czas? Chciała zapytać, ale wiedziała, że od królowej nie otrzyma żadnej odpowiedzi. Więc nie pytała. Właściwie nie mówiła nic od chwili, kiedy wyszła z gabinetu.
W milczeniu przeskakiwała przez kałuże, czasami nie trafiała i ochlapywała rąbek sukienki mętną wodą; wtedy z satysfakcją patrzyła, jak haftowane kwiaty więdną. Odrobinę przypominały bzy, które tak lubiła siostra – aż nabrała ochoty, żeby wyciąć wszystkie krzewy na tyłach ogrodu w pień.
— Dzień dobry, Wasza Królewska Wysokość. — Strażnik, którego minęła, ślizgając się w błocie, ściągnął czapkę. Nie zamierzała odpowiadać, ale w jego głosie nie było zwykłej obojętności, uniżoności nowych ani nawet typowego dla kapitana Madsena pobłażliwego znudzenia.
Ten był dziwnie ostry, jak piła do lodu, napierał na granice, jakby sprawdzał, czy da się je przesunąć.
Anna podniosła wzrok prosto na czający się w kąciku ust uśmiech mężczyzny, którego spotkała w Vestli.
— Dla pana to akurat wątpię, że jeszcze długo będzie dobry, Kjærstad! — warknęła zbyt głośno, aż zadrapało ją w krtani, a końcówka papierosa w ustach kapitana po drugiej stronie bramy rozżarzyła się tak, jakby mogła zmienić słońce w popiół.
CZYTASZ
Heimr Árnadalr
Fanfiction„Przeszłość ma w zwyczaju powracać. A gdy to nastąpi... musimy być przygotowani". Brzemię klątwy królowej zaczyna ciążyć całemu królestwu. Księżniczka musi walczyć o swoje szczęśliwe zakończenie z dawnymi demonami. Na wydobywcę lodu zostają nałożone...
