112. Punkt zwrotny

7 1 0
                                        


1819

Z czasu po osiemnastych urodzinach nie pamiętał prawie nic – co było zrozumiałe, w końcu czuł dokładnie to samo: n i c .

Pamiętał tylko, że doktor Fritsch twierdził, że to zupełnie zrozumiałe – w końcu miał odmrożoną dłoń, stracił w niej czucie. Na jego słowa Birger przywoływał na twarz sztuczny uśmiech, który łamał mu wargi w kilku miejscach i tylko mrugał, kiedy Fritsch pytał, czy może unieść drugą rękę, bo nie dało się kiwnąć głową bez poruszania szyją. Godzinami ściskał mu nadgarstki i obmacywał przedramiona, próbując znaleźć żyły, ale wszystkie były tak cienkie, jakby wyrysowane ołówkiem. Przypominały szkic jakiegoś projektu.

W końcu wzywano doktora Oxe, który potrafił go odczytać, a wtedy krew płynęła od razu, szybko, o wiele szybciej niż czas. Birger próbował sobie wyobrażać, że jego ręce robią się lżejsze o kilka pægle* i lewa nadaje się do czegoś więcej niż bezwładne leżenie – lub, w zależności od pozycji, wiszenie – a prawa jest w stanie nie tylko przyjąć na siebie ciężar jego ciała, kiedy miota się bezsilnie w łóżku, ale też unieść pióro, książkę, grzebień, choćby łyżkę.

Miał wrażenie, że jego ciało kończy się tuż za linią podbródka. Mógł myśleć, patrzeć, mówić, przeklinać – nawet pluć, kiedy nie był w stanie dłużej utrzymać szklanki z wodą i wymykała mu się z palców tuż nad ustami, zalewając mu twarz i płuca.

Nie mógł wstawać – przez co nie zobaczył się z Purzel – ani się denerwować – przez co prawdopodobnie nie zobaczył się z ojcem – ani nawet czytać gazet – co być może miało związek z obojgiem. Na zakaz pisania listów nie trzeba było szukać wymówek; nie umiał już pisać.

Obaj doktorzy zgodnie powtarzali, że nie ma siły, bo nie je, ale żeby jeść cokolwiek innego niż tłusty bulion na mięsie, też musiał mieć siły.

I obaj poili go opium.

...

Pamiętał, jak zdziwił go widok Ingvara stojącego w drzwiach, jak w pierwszej chwili wziął go za senny majak – bo nie pamiętał, kiedy po raz ostatni rozmawiali w cztery oczy.

W oczach odbijało mu się miękkie, rozproszone światło świec, topiło płatki śniegu na płaszczu i malowało miedziane refleksy w potarganych włosach. Opierał jedną podgiętą nogę o framugę i wachlował się pogniecioną kartką papieru. Wokół rozchodził się zapach jego wody kolońskiej, ciepłej i bursztynowej.

— Lulu prosiła, żebym coś ci przekazał — powiedział od niechcenia, odpychając się ramieniem od ściany. Jego głos brzmiał jak gęsty syrop, tak słodki, że aż nie do przełknięcia. — Ale, zanim to zrobię – powiedz mi, jak się czujesz, braciszku? Słyszałem, że powinieneś unikać stresu.

— Co z Jytte? — zapytał Birger z miażdżącym spokojem, unosząc się na poduszkach, chociaż serce podeszło mu do gardła, czuł je jak miękką gąbkę na dnie przełyku.

Ingvar podszedł bliżej, położył rękę, w której trzymał kartkę na oparciu stojącego w nogach łóżka fotela, ale nie usiadł. Birger pomyślał, że nawet nie pozwoliłby mu przekroczyć progu, gdyby nie chodziło o nią. Brat jeszcze długo udawał, że się waha, zanim wreszcie odparł:

— Wyjechała. — Napoleońskim gestem wsunął wolną dłoń za guziki płaszcza, wyciągnął zegarek kieszonkowy i przyglądał mu się przez dobrą minutę, małostkowa złośliwość wybijała z każdym tyknięciem wskazówek. Drobne ogniwa łańcuszka rozlały się na obiciu złotą kałużą. — Jeśli dobrze liczę, jest już w Londynie.

Heimr ÁrnadalrOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz