67. Próba sił

17 3 0
                                        


W Granly już od progu unosił się zapach świniobicia, już ten przyjemny: przetapianego smalcu i smażonego boczku. Ten drugi – krwi, mięsa i miedzi – tym razem go ominął.

O dwa miesiące za wcześnie, ale w tym roku wszystko było na opak: zapasów, które powinny wystarczyć do Bożego Narodzenia, brakowało już w październiku, sezon na lodowych polach rozpoczął się we wrześniu, a w lipcu przyszła zima, która zupełnie ogołociła ich z nędzy, zostawiając z chudymi szkapami i wyskubanymi kurami.

Mankiet koszuli Gauriego, który wpuścił go do środka, wciąż znaczyło kilka zaschniętych czerwonych kropel.

— Nic nie mów — zastrzegł, kiedy dłoń zadrżała mu na zasuwce.

Zwykle to Juhani strzelał, w gospodarstwie równie spokojny i ostrożny, co na lodzie. Gauri nie nadawał się nawet do łowienia ryb. Co roku prosił, żeby przynajmniej dać się zwierzętom po raz ostatni wybiegać – przez co sami biegali później po podwórzu, próbując zagonić cały żywiec z powrotem do stodoły – znikał na czas uboju i wracał dopiero, kiedy krew zmieniła się już w kaszankę.

— Aż tak miękki nie jestem, żeby nawet brata nie odciążyć. — Uśmiech kuzyna był równie szeroki, co zwykle – tylko tym razem wygięty w drugą stronę.

— I nie aż tak twardy, żeby postawić się mummi*?

— Wiesz, jaka ona jest, teraz muszę Juhaniemu każdy pyłek spod nóg usuwać, bo przecież biedaczek ma proces — zaśmiał się pod nosem, nieprzekonująco. — I jeszcze Lisa rzyga dalej niż widzi, a Kalle dzieci najwyraźniej woli robić niż się nimi zajmować, więc z nich też nie za wielki pożytek. — Właściwie dobrze, że to powiedział; nowych imion było ostatnio do zapamiętania tak dużo, że Kristoff mógłby przysiąc, że to Aino jest w ciąży. — Co za pierdolnik! Mam nadzieję, że przynajmniej ciebie nie trzeba traktować ulgowo?

Szturchnął go w ramię i przynajmniej w tym geście Kristoff wyczuł niewymuszoną swobodę. Drgnęły mu kąciki ust, ale się nie uniosły. Gauri odpowiedział tym samym – dwie wyciosane w drewnie, poprzecierane twarze.

Cofnął rękę, żeby go przepuścić i Kristoff dostrzegł w bladym poblasku lampy za plecami kuzyna twarze dzieciaków zebranych przy stole, rzucające na ściany zamaszyste cienie druty babci, zjeżoną sierść Pikku drzemiącego jej w nogach i wiązanie fartucha cioteczki krzątającej się przy kuchni.

Obaj zobaczyli też ślady prochu i krwi, kiedy Gauri odwrócił rękę dłonią do góry, ale żaden nie musiał nic mówić. Kristoff skinął mu tylko głową, bo powinien porządnie się umyć, jeśli nie chciał, żeby do tych plam dołączyły kolejne.

Minęli się – na zewnątrz, do środka, wszystko nie tak.

Kristoff musiał odchrząknąć, bo coś ścisnęło go w gardle.

— Dobry wieczór!

— Nie za dobry — odparł cicho Juhani tonem jak przestroga – wciąż nie wyrzut.

Kristoff przełknął ślinę i schylił się, przekraczając próg, a później jeszcze raz, żeby babcia mogła go pocałować, tak mocno, że aż zabolały go plecy.

— No, już, snuppen — mruknęła, odkładając robótkę. Ona mówiła to zupełnie inaczej niż cioteczka Astrid, podobnie jak zupełnie inaczej wymawiała jego pełne imię, skradzione imię, które brzmiało, jakby nigdy nie miało prawa należeć do niego. — Nie krzyw się tak, coś mi jesteś winien za to, że tak mnie unikasz.

— Wcale nie! — zaprotestował odruchowo Kristoff, jak dzieciak, bo w jej obecności zawsze czuł się na co najmniej połowę lat mniej niż rzeczywiście miał, bardziej jak dwunastoletni chłopiec niż dwudziestoletni mężczyzna. Nagle poczuł, jak bardzo puste ma ręce. Bukiet, który wręczył cioteczce, już więdnął, ale wciąż tkwił w wazonie. — Kiedy ostatnio tu byłem, już spałaś, mummi, więc...

Heimr ÁrnadalrOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz