105. Przedświt

8 2 0
                                        


Z zewnątrz dobiegał chrzęst żwiru gniecionego kołami.

W filiżance rozkwitał kwiat.

Za oknem przeleciała mewa, powitała świt tęsknym krzykiem, po czym skierowała się w stronę morza. Hans bezmyślnie przyglądał się, jak walczy z wiatrem, aż wzbiła się poza granice framugi i zniknęła mu z oczu.

Dobry omen. Przypomniał sobie, co o białych ptakach mówiła Grýla. Szastała obietnicami błogosławieństw od bogów w równej mierze, co zaproszeniami na obiad. Ale co, jeśli on nie wierzył w żadnych bogów? Czy któryś z nich wciąż go pobłogosławi?

Pociągnął łyk, zmusił się, żeby przełknąć ciemne jak wyciągnięty z popiołu drýlur* odpryski liści wdzierające mu się do ust. Herbata była parzona zdecydowanie zbyt długo, jasnozłoty kolor przeszedł w miedziany brąz, powinna być gorzka i cierpka, ale on nawet nie poczuł smaku.

Co by się stało, gdyby nie postanowił utopić nitra? Czy cokolwiek by się zmieniło? Tikaańczycy by nie przypłynęli, ojciec by odpowiedział?

Usłyszał, jak Hænning znów coś mówi na ganku. Wciąż gadał. Im dłużej Hans go słuchał, tym bardziej jego duński zatracał swoje oryginalne brzmienie, w pytaniach prawie całkowicie przechylał się na stronę norweskiego i łatwo było zapomnieć, że tak naprawdę pochodzi z Enehøje. Umykały mu szczegóły, był w stanie wychwycić tylko wykrzyknięte podniesionym głosem „ile?!".

Pierwsze promienie bladego słońca odbiły się w szybach powozu, przedarły przez okno, zatańczyły na obrusie i rozświetliły napar w filiżance.

Hænning rozkaszlał się zapamiętale, jakby podczas rozmowy z tragarzem nałykał się za dużo pyłu z drogi, słyszał go przez cały korytarz; przestał tylko na chwilę, żeby mu się skłonić, przekraczając próg bawialni.

— Wasza Królewska Wysokość — powiedział uroczyście, po czym kaszlnął mu w nakrycie. — Pańskie bagaże są już w drodze do portu. Oczywiście zostaną należycie...

Hans kiwnął głową i, żeby oszczędzić sobie jego dalszych wywodów, ostentacyjnie strzepnął „Aftenposten" na kolanie i przewrócił stronę, jakby właśnie wracał do przerwanej lektury. Palce kleiły mu się od lukru.

Już wszystkie wieczorne wydania gazet donosiły o rozprawie i drobiazgowo wszystko komentowały, jak reagowali oskarżeni i kto był obecny na sali, o co pytali sędziowie i co odpowiadał Hans. Nie co dzień zdarzało się, żeby człowiek o jego pozycji zeznawał w tak poślednich sprawach jak proces wydobywców lodu – który jednak najwyraźniej nie był aż tak istotny, żeby wstrzymać się z nagłówkami do czasu ukazania się porannej prasy.

— Statek odbija dopiero w południe, więc z ogromną radością będziemy gościć pana na obiedzie – który, rzecz jasna, zostanie podany odpowiednio wcześnie, żeby zdążył pan...

Na kolejnej stronie natknął się na wzmiankę o Bjorgmanie – znów wyłącznie nazwisko – a dalej rzuciło mu się w oczy imię królowej, ale Hænning wciąż nie przestawał do niego mówić.

— Dorożka dla pana też jest już zamówiona, zjawi się tutaj równo o jedenastej, choć nie sądzę, żeby istniała potrzeba wyjeżdżać wcześniej niż kwadrans po.

Hans przywołał na twarz pusty uśmiech, ponownie złożył gazetę i z brzękiem przesunął filiżankę.

— Doceniamy pańskie starania, Hænning. — Monarsza liczba mnoga połaskotała go w wargi. Kiedyś, kiedy jeszcze robili wszystko razem, i kiedy chcieli poczuć się ważni, tak właśnie o sobie mówili, on, Fred i Eirik: my.

Heimr ÁrnadalrOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz