23. Kruszyna

38 7 0
                                        


Martwe ciało powoli stygło gdzieś tam, w ciężkim od żelaza i stali zapomnianym miasteczku, które zostawił za sobą. Przed nim wznosiły się zębate szczyty gór, coraz wyraźniej rysujące się na horyzoncie.

Hans przedarł się przez krzaki – spomiędzy gałęzi wysuwały się bielejące w mroku jak kości kwiaty – i za pagórkiem ukazała się pozłacana, cebulasta kopuła cerkwi.

Przypomniał sobie złoto i srebro, muzykę, naukę i wolność.

Przetrząsał kieszenie i starał się m y ś l e ć , jednak osada przed nim kradła każdą z myśli. Była tylko nędznym, pełnym mgieł miejscem, odległym i dzikim, ale Hans miał wrażenie, że las go dusi.

Improwizowany plan B zakładał uciekanie tak daleko, aż jego imię przestanie cokolwiek dla kogokolwiek znaczyć, ale wiedział, że jeszcze tam nie dotarł.

Słowo „niebezpieczeństwo" zapętliło się w jego umyśle, kiedy patrzył na fale i łuki, zagłębienia i małe dolinki. Wydawało mu się, że wioska kryje się w zakolu rzeki. Była osłonięta i schowana, okryta tajemnicą.

Warta ryzyka.

Chociaż woda w najgłębszym miejscu sięgała mu ledwie do ud, przejście jej w bród wymagało kilkudziesięciu kroków i tylu samo sekund w lodowatej gilotynie. Kiedy wreszcie dotarł do brzegu, było mu już wszystko jedno, co próbuje wślizgnąć mu się pod ubranie, glony, ręce Pani Morza czy końskie gówno.

Na brzegu musiał na chwilę się zatrzymać, bo w pole widzenia zaczął wdzierać mu się śnieżny pejzaż.

Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo.

Kiedy płatki śniegu zniknęły, zobaczył krew kapiącą na ubłocone buty i zaczął zastanawiać się, skąd pochodzi. Chwilę później jej posmakował i uświadomił sobie, że to jego własna. Ten smak cofnął go do Półwyspu Rybackiego i jego umysł nie był już w stanie skupić się na niczym innym poza faktem, że żyje. Ż y j e .

Uświadomił sobie, że drgający u jego stóp mężczyzna był martwy. On był martwy, a Hans żył, i ta myśl była o wiele bardziej zaskakująca niż mógłby sobie życzyć.

Rewolwer, który wciąż ściskał w ręce stawał się coraz cięższy i bardziej nieporęczny, i trzymanie go stanowiło tak dziwne uczucie. Nawet w rzednącym mroku widział wykwity krwi na płaszczu, twardą skorupę na lufie. Pomyślał, że to cud, że nie zgubił go w tej szaleńczej ucieczce.

Otworzył dłoń i między jego palcami rozpostarła się ciemna, kleista błona pławna. Wciąż nie zmył też krwi z włosów, uświadomił to sobie, kiedy nerwowymi palcami odgarnął kilka kosmyków, które spadły mu na czoło. Błoto pasmami przywierało do jego skóry i ubrań, krzepło pod paznokciami.

Znów spojrzał na rzekę. Jak dziwne byłoby obmycie jednocześnie ciała i swoich grzechów w tym samym zbiorniku.

Czy jesteś jeszcze człowiekiem?

Nagle otworzyły się drzwi najbliższej chaty, rozległy się szybkie kroki, ale nikt nie wyszedł.

Pierwsze krople deszczu zaczęły rysować na szybie pięciolinię, która wyglądała jak ślady po kocich pazurach. Hans przetarł rękawem najpierw usta, a później szkło; czerwona smuga przecięła twarz stojącego za oknem mężczyzny, nieostrej postaci z włosami opadającymi na twarz.

Mężczyzna poczłapał do przodu, zgarbiony, z jedną dłonią zaciśniętą w pięść, a drugą wyciągniętą do niego. Żebrak. Coś lśniło metalicznie wśród krwawych słońc drżących kłykci – pewnie puszka, do której przechodnie mieli wrzucać pieniądze.

Heimr ÁrnadalrOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz