38. Dwie siostry

35 6 0
                                        


Dworek w Rosendal był jasny i otwarty. Wielkie okna. Białe drewniane ramy, czyste szyby, grube szprosy. Skąpany w świetle dom wystawiał się na spojrzenia podróżnych. Ostatnie promienie słońca grzały twarz Elsy, ale nie rozświetlały jej zmąconych myśli.

Bjorgman stał tuż obok niej, zbyt wysoki, zbyt ponury, żeby mogła zrozumieć, co kierowało Anną przy wyborze tego miejsca. Co kierowało n i ą , że się na to zgodziła. Mężczyzna patrzył w okno na piętrze, jakby jego wzrok przedzierał się o wiele dalej niż żałosna zasłona koronkowych firanek i szkła.

To nie był dom dla wydobywcy lodu, z widokiem na góry – na niepokój, na wszystkie marzenia. Nawet z kantyny, w której nie-zjadła obiadu Elsa widziała strzeliste, skute lodem i pokryte śniegiem szczyty, które niosły pociechę, obietnicę przygód i opowieści, które nigdy się nie kończą.

Gdyby tylko Anna mogła zobaczyć baronię...

Ale nie może — przypomniał jej cichy, jadowity głos z tyłu głowy. Bo nie pozwoliłaś jej tutaj przyjechać.

Nieważne.

Przeniosła wzrok na Peterssena, który żwawym krokiem zmierzał już w stronę ganku. Spomiędzy zaciśniętych palców prawej dłoni wystawał rąbek białej chusteczki.

Tor Geirsson stwierdził, że niektórzy ludzie mogą żyć tylko w świecie, nad którym panują, bo natura ich przeraża. Ludzi takich jak Peterssen – nie dodał, chociaż widziała, że to jego ma na myśli – pochodzących ze świata, gdzie pałace były wyższe od drzew, przyroda zjadała żywcem. Dla takich ludzi budowało się domy z kamienia i cegły.

A co z dzikimi ludźmi, takimi jak Bjorgman?

Wzięła głęboki oddech; wydobywca lodu cuchnął potem, ale Elsie w gruncie rzeczy nie przeszkadzał ten zapach – kojarzył się z pracą i wysiłkiem: rzeczami, które darzyła szacunkiem.

— Panu... panu się tutaj nie podoba, prawda?

— To ładne miejsce. — Kłamał gładko i zupełnie nieprzekonująco. Elsa musiała odwrócić od niego wzrok, bo zaczęła wątpić we własne istnienie. Była prawie pewna, że tego sobie nie wyobraziła. Biła od niego uraza. Czuła, jak w nim kipi, ukryta pod chłodną, pobłażliwą powierzchnią, tak samo, jak czuła własne stargane nerwy.

W ciągu trzech miesięcy wiele mogło się wydarzyć. Akurat ona powinna była to wiedzieć. Trzy miesiące wystarczyły, żeby przemienić córkę w sierotę, a następczynię tronu w królową. W ciągu trzech miesięcy wydobywca lodu mógł zostać lordem. Ale być może nawet trzy lata nie wystarczyłyby, żeby złamać niepokornego ducha, wmówić, że miłość do księżniczki może zastąpić miłość do otwartej przestrzeni – jak by mogły, skoro nawet t r z y n a ś c i e to było za mało na tak wiele o wiele mniejszych rzeczy?

Przypomniała sobie wszystkie kłamstwa, jakimi herr Moen karmił zgarbioną nad mapą Annę: najczystsza woda, najczystsze powietrze, nieskrępowana wolność.

W pofałdowanym krajobrazie widdy nagle zwyczajnie zaczęło brakować powietrza. Otaczające ich nagie, jesienne krzewy róż, które musiały dać temu miejscu nazwę, przypominały o czającej się zawsze gdzieś blisko śmierci. Elsie nigdy nie przyszłoby do głowy, żeby przed nią drżeć. Jej największy lękiem było spędzenie kolejnego roku życia w zamknięciu.

Baronia była za mała, żeby połknąć ją w całości, jak robił to zamek. Ale przecież życie towarzyszącego jej wydobywcy lodu było większe niż jej własne; za duże, żeby zmieścić je w tych bielonych murach tak, żeby przy każdym kroku nie owijały się wokół niego jak uścisk.

Heimr ÁrnadalrOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz