2. Lord Kristoff

110 11 0
                                        


wrzesień 1868

Trzy miesiące wcześniej Kristoff Bjorgman postanowił sobie, że nic się nie zmieni, kiedy zacznie... cokolwiek właściwie robił z księżniczką.

Ale później razem z siostrą wymyśliły dla niego głupi tytuł, a w zeszłym miesiącu dostał jeszcze jeden, brzmiący odrobinę bardziej prawdopodobnie, ale równie idiotycznie, i to najwyraźniej nie tylko dla niego, bo sporo się nasłuchał na Lodowych Polach.

Zresztą z większością sam się w sumie zgadzał – dlaczego jakiś sierota znikąd, ze starym reniferem zamiast konia, jak każdy normalny Arendellczyk, miałby nagle zacząć wydawać polecenia ludziom, którzy zajmowali się wydobywaniem lodu przez więcej lat niż on przeżył?

Gdyby jemu ktoś kazał słuchać na przykład takiego Bjørna, nowego rekruta, smarkacza chudszego niż wierzbowa gałązka, chyba zmieniłby pracę.

Tylko że Kristoff l u b i ł swoją pracę. Lubił budzić się o świcie z powodu bólu mięśni, lubił samotność górskich szczytów i długie wędrówki po lustrzanych taflach rozsianych wśród gór Dovre jezior w poszukiwaniu najczystszego lodu. Lubił wracać do Arendal, żeby zarobić – a później szukać krótkiego noclegu, w miasteczku albo gdzieś dalej, wszystko w zależności od tego, ile akurat miał pieniędzy.

Nie lubił stać w miejscu.

Musiał biegać, pracować, walczyć o wszystko, co ma.

W Arendal, gdzie wszystko przychodziło zbyt łatwo, mnóstwo było siedzenia i czekania, kilkunastu sztućców do każdego posiłku, sztywnych kołnierzy i jeszcze sztywniejszych uroczystości. Tam w dole nawet największe komnaty kurczyły się wokół niego do rozmiaru jaskiniowego syfonu.

O nic z tego nie prosił.

On chciał tylko swoich sań i swojej roboty.

I Anny — wtrącił Sven. Przestał przeżuwać kępkę mchu i szturchnął łbem jego kolano, ale Kristoff odepchnął go niecierpliwą dłonią. Sięgnął do wozu, żeby wyciągnąć narzędzia.

Ciemność wokół nich zaczynała się przerzedzać. Skąpane w szarej poświacie zwoje liny wyglądały jak węże, ale szczegóły wciąż były zatarte. Kiedy nie przyglądał się zbyt uważnie, nie widział kanciastych brzegów herbu Grimstad wymalowanego na przedzie wozu, tylko deski, które sam lakierował na początku lata, aż miał w dłoniach więcej drzazg niż palców.

O tej porze udawanie było łatwe.

— To właśnie A n n a stanowi tu problem — westchnął. Dwa dni wcześniej o podobnej godzinie, tuż przed świtem, okłamał ją, że wcale nie śni mu się, że umiera, i to w więcej niż tylko jeden sposób, kiedy tak stała w drzwiach stajni, miała sine wargi, za dużo pytań i oczy w tym jednym kolorze, gdzieś pomiędzy zielonym i niebieskim, którego zawsze brakowało w tęczy.

A kiedy wzeszło słońce, musiał uciec, bo chciał całować ją tysiąc razy bardziej niż godzić się na zajęcie pokojów gościnnych w tym wielkim, wydrążonym jak dynia zamku, a ona wydawała mu się zbyt krucha, żeby przyjąć kolejną odmowę.

Kristoff wiedział, że zawsze, jeśli tylko będzie szedł wystarczająco długo, kostka brukowa ustąpi błotnistym ścieżkom. Jeśli pójdzie dalej, szczyt góry z herbu, czy co to w ogóle było, w końcu zmieni się w prawdziwą, i będzie mógł znowu oddychać, bo kiedy zniknie, to nie on będzie musiał chronić księżniczkę przed konsekwencjami jej własnych decyzji.

Więc nie chcesz Anny? — nie ustępował Sven.

Kristoff próbował wymyślić jakąś odpowiedź, w której nie będzie miejsca na „ale". Nie wymyślił.

Heimr ÁrnadalrOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz