116. O krok

4 1 0
                                        


luty 1819

Ściągnął buty – w jakimś dziwnym, irracjonalnym odruchu wyniesionym z Kadettenakademie, jakby właśnie szykował się do skoku do wody, nie z dachu.

Wcale nie zwlekał.

Z bosymi stopami łatwiej było zachować równowagę. Wbił piętę w krawędź balustrady, przesunął kilka razy, odgarniając śnieg. Przypomniał sobie ostrogi wbijane w końskie boki, wyobraził obcasy oficerek rozkopujące piasek, szukając lepszego wybicia przed sprintem.

Myślał o Goethem.

Głęboki upadek prowadzi często do wielkiego szczęścia. Powiedział to, napisał, przypisywano mu ten cytat albo laudanum go wymyśliło.

Śnieg lśnił ziarniście na poręczy, osiadał na nagiej skórze jak kryształki cukru, mroził łzy w sople, które kłuły w oczy, ale się nie topił. Zastanowił się przelotnie, czy to będzie ostatnie, co zobaczy, ta nieustannie przybliżająca się i oddalająca biel, czy zdąży zauważyć mięknące w zadymce kontury budynków, czy zaspy wpiją krew, czy zakrzepnie na prześwicie kamienia setki stóp dalej, czy upadek zgruchocze kości i czy będą odcinać się kolorem, czy ich odpryski da się pomylić z płatkami śniegu, czy ktoś znajdzie to, co z niego zostanie, szybciej niż stary, krótkowzroczny ogrodnik, który z daleka kłaniał się nawet cieniom i krzewom, czy trumna będzie musiała być zamknięta, czy w ogóle da się dowieść, że on to nadal on – chociaż już przecież wcale nie – czy pierwsze pęknie czoło czy nos, zadławi się własnymi zębami, a może wyprostowane nogi przyjmą na siebie cały ciężar uderzenia, ale siła upadku odbierze mu głos i będzie zwijał się w konwulsjach, niezdolny zawołać o pomoc – czy w ogóle coś poczuje, w chwili zderzenia albo na chwilę po nim, jak poruszające się wciąż oczy w głowach ściętych gilotyną, czy kiedy życie opuszcza ciało, może pozostać w nim jeszcze ból, i dlaczego Biblia kłamała, nie powinien się bać, bo niczego już nie powinno być, ani lęku, ani smutku, ani bólu, i śmierci też nie, ale ni chuja w to nie wierzył, nie po tym, jak Pieśń nad pieśniami obiecała, że miłość będzie równie silna, a psalmy mówiły o ciemnej dolinie, podczas gdy on przed sobą widział tylko jasność, topiące biel słońce i blask dziedzińca, który wyglądał jak powleczony masą perłową.

„Cisza wkoło mnie głęboka, a dusza moja spokojna"*.

Kolejne kłamstwo.

Śnieg miał w sobie coś złudnego, rozszerzał świat i jednocześnie go zamykał, rozciągał dystans, odbierał czasowi wszelkie znaczenie, zmieniał ciszę w szum wdzierający się do uszu razem z wiatrem.

Potrząsnął głową, jego ramiona same się rozłożyły, zatrzepotały w powietrzu, smagnęły usta smakiem lodu. Stopy nadal tkwiły w miejscu, jak zamrożone, ale – poruszył nimi na próbę, po kolei, przenosząc ciężar z pięt na palce – wcale takie nie były, tylko górna połowa jego ciała się chwiała, jakby był papierowym ludzikiem, jedną z papierowych lalek, które wycinali z Jorid w dzieciństwie i składali tyle razy, że nie dało się już do końca rozprostować.

Postanowił, że poczeka na mocniejszy podmuch.

Ale wiatr wciąż wiał, szarpał za koszulę, przechylał poskręcane wilgocią strąki włosów na lewo, na wschód. Birger wciąż nie skakał. Stał tylko jak figurka na pochyłej szachownicy i przyglądał się, jak zamek też zaczyna się chylić.

Łatwo było myśleć o śmierci, kiedy nie znajdowała się na wyciągnięcie ręki. Łatwiej.

— No, już — warknął do siebie. — To już.

Heimr ÁrnadalrOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz