|72|

843 57 2
                                        

- Wiesz, że Scott załatwił mecz między waszą szkolną drużyną i moimi kolegami z pracy? - zapytał Theo kończąc poranną kawę.

- Wiem. Scott chce im pokazać, że nie każdy przeciwnik będzie w tym samym wieku bądź tego samego wzrostu. - powiedziałam szykując sobie śniadanie.

- Mam nadzieje, że i tak będziesz kibicować tylko mi.

- Zamierzasz grać? - zdziwiłam się.

- Pewnie. Nie grałem od 4 lat. Chętnie przypomnę sobie parę rzeczy. - powiedział z uśmiechem. Nawet nie wiedziałam, że grał w lacrosse. 

- Będę mogła się przekonać, co takiego potrafisz. - zaśmiałam się zakładając dłonie na jego karku.

- Potrafię wiele rzeczy, skarbie. - odparł i złapał mnie pod udami aby posadzić mnie na blacie kuchennej wyspy. Sam stanął między moimi nogami i zaczął składać pocałunki na mojej szyi.

- Nie musisz jechać do pracy? - zapytałam wsuwając dłoń w jego włosy.

- 5 minut nie zrobi różnicy.

- 5 minut? - zaśmiałam się cicho.

- No.. może dłużej. - przyznał i złączył nasze usta.

Po dosyć intensywnym poranku oboje udaliśmy się do pracy. O godzinie 13 zadzwonił dzwonek zwiastujący koniec lekcji i tym samym — moje wyczekiwane wyjście do domu. Dziś o 19 był mecz między drużyną Scotta, a kolegami Theo z nim samym na czele i chciałam ze wszystkim się wyrobić.
Usiadłam na miejscu kierowcy i gdy chciałam odpalić samochód, przeszkodził mi dźwięk mojego telefonu. Wyjęłam go z torebki i zobaczyłam na ekranie imię właściciela lecznicy.

- Tak? - zapytałam przykładając urządzenie do ucha.

- Wybacz, że zajmuje ci głowę ale muszę sprawdzić bardzo ważna rzecz. Możesz podjechać do szpitala? - słyszałam przejęcie w jego głosie.

- Pewnie, już tam jadę. - nie chciałam się zagłębiać w temat telefonicznie. Nacisnęłam czerwoną słuchawkę i odpaliłam samochód włączając się do ruchu.
Zaparkowałam na parkingu przy szpitalu i wyszłam z samochodu. Rozejrzałam się i zauważyłam doktora przy wejściu do budynku.

- Obecna. - powiedziałam stając przy mężczyźnie. - Co się dzieje?

- Po twojej śmierci, Scott wyczuwał nadal twoją obecność. Wiem, że to może trochę niezręcznie ale musimy coś sprawdzić i to jak najszybciej. - wyjaśnił i skierował się do szpitala. Zmarszczyłam brwi ale udałam się za nim do budynku. Czyżby jakieś badania?
Podeszliśmy do recepcji, gdzie stała już Pani McCall, mama Scotta. Zaprowadziła mnie pod gabinet, a Deatonowi kazała czekać.

- Mam się obawiać? - zapytałam wchodząc do pomieszczenia. Zobaczyłam przed sobą fotel, który znajduje się w gabinetach ginekologicznych i już wiedziałam co mnie czeka. - Deaton podejrzewa, że to nie mnie czuł Scott, prawda?

- Wybacz, że to w takich okolicznościach, ale jeśli to nie to.. To będziemy musieli dowiedzieć się, co może być powodem odczuć Scotta. - powiedziała patrząc na mnie smutno.

- Niech będzie. - westchnęłam. Zdjęłam kurtkę i usiadłam na fotelu, a Melissa kazała mi dźwignąć koszulkę i lekko spuścić spodnie. Zrobiłam co kazała i ułożyłam plecy na oparciu. Po chwili poczułam zimny żel na podbrzuszu oraz głowice z aparatu do USG. Kobieta jeździła urządzeniem po wyznaczonym miejscu, a ja wpatrywałam się w sufit. Miałam ogromny mętlik w głowie. Tworzyłam coraz to nowe scenariusze. Bałam się cholernie bo dopiero udało nam się odbudować nasz związek. Nie wiem, jak zareagowałby na wieść, że łączy nas więcej niż uczucie.

- Kochanie, Deaton miał rację. - odparła w końcu Melissa. Przymknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Jeszcze tego w tym wszystkim mi brakowało.

Wyszłam z gabinetu z zaciśniętymi ustami. Wraz z doktorem udaliśmy się do szpitalnej kawiarenki. Usiadłam przy stoliku, a mężczyzna przyniósł dwie zielone herbaty.

- Naprawdę nie chciałem, żeby tak to wyszło. - powiedział patrząc na mnie.

- Wiem, ale też wolałabym jak najszybciej dowiedzieć się o co chodzi.

- To jest powód twojej czerwonej poświaty wokół źrenicy. Twoje dziecko jest alfą.

- Scott czuł dziecko, nie mnie, prawda?

- Prawda. Jako, że jest alfą, mogło się wydawać, że czuje ciebie. - przyznał, a ja zaczęłam się zastanawiać, co powinnam zrobić.

Pojechałam wraz z przyjaciółmi na mecz, który odbywał się niedaleko budynku pracy Theo. Dwie drużyny akurat się rozgrzewały, a my zajęliśmy miejsca na trybunach. Lydia zauważyła moje rozkojarzenie, ale tłumaczyłam się ciężkim dniem w pracy i gorszym samopoczuciem.
6 tydzień. Tyle czasu nosiłam pod sercem tą małą kruszynkę. Katowałam się w myślach, za to, że dałam się zabić wykonując nasz plan. Mogłam mu wyrządzić krzywdę.

- Cześć. Jestem Tobias. - przede mną pojawił się czarnoskóry, dosyć wysoki mężczyzna.

- A mówisz mi to bo..? - zapytałam unosząc jedną brew.

- Ałć, zabolało. - powiedział teatralnie łapiąc się za serce. - Pracuje z twoim facetem.

- Już ją zaczepiasz? - podszedł do nas Theo ubrany w bluzkę bez rękawów i krótkie spodenki. Oparł się o barierki i spojrzał w moją stronę. - Wszystko w porządku?

- Gorszy dzień. - machnęłam ręką. - Gotowy na mecz?

- Jasne. Mam nadzieję, że się nie obrazisz gdy pokonam twoją drużynę.

- Pierw ją pokonaj. - odparłam i pocałowałam go czule.

- Jeśli oni tak cały czas, to współczuje. - rzucił Tobias na co wszyscy się zaśmiali.
Drużyny ustawiły się na swoich miejscach i rozpoczęto mecz. Oglądałam kolejno jak grają zawodnicy, gdy nagle ją zobaczyłam. Siedziała po drugiej stronie boiska i co jakiś czas rzucała mi krótkie spojrzenia. Wiedziała kim jestem i nie była zadowolona z mojej obecności. Czułam jej złość, gdy po zdobytym punkcie przez Theo, mężczyzna podbiegł do mnie i nachylił się aby dostać buziaka.

Mecz zakończył się remisem. Raczej nikt nie spodziewał się, że nasza szkolna drużyna pokaże tak wysoki poziom.. albo przeciwka drużyna tak niski, jak kto woli.

- Stary, nie wiem co ty im każesz robić, ale z takim podejściem daleko zajdą. - przyznał jeden ze znajomych Theo, zbijając piątkę ze Scottem.
Porozmawiali jeszcze chwilę i powoli obie drużyny zaczęły się rozchodzić.

- Jesteś swoim autem? - zapytał Theo, gdy kierowałam się z nim do jednego z pokoi, gdzie miał swoje rzeczy.

- Nie, zabrałam się z Lydią i Stilesem. - powiedziałam opierając się o framugę drzwi.

- Czyli wracasz ze mną. - odparł stając przede mną ubrany w same dżinsy. Ułożył swoją dłoń na dole moich pleców i przycisnął mocno do siebie. Wtedy znowu pomyślałam o tym, co znajduje się między nami - dosłownie i w przenośni. - Powiesz mi, co się dzieje?

- Nic się nie dzieje..

- Widzę i czuję twoje zmartwienie. Skarbie, przecież jestem tu dla ciebie. - drugą dłoń ułożył pod moim podbródkiem, aby lekko podnieść moją głowę do góry.

- Mam gorszy dzień, nic takiego. Chce tylko wrócić do domu i położyć się do łóżka. - schowałam twarz w jego ramię.

- Wedle życzenia. - powiedział składając pocałunek na mojej głowie. Ubrał swoją czystą bluzkę, zabrał swoją torbę i objął mnie ramieniem.
Gdy siedziałam już w aucie, w lusterku znowu zauważyłam kobietę z trybun. Siedziała na ławce po drugiej stronie ulicy i patrzyła wprost na nas, a ja czułam wewnętrzny niepokój. Jakby coś miało się wydarzyć..

----

Enjoy!

V.

Sacrifice || Theo Raeken Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz