54. Loving can mend your soul

482 27 4
                                        

Loving can mend your soul



Milena

      Tego nie dało się opisać słowami. Moment, w którym Harry otworzył oczy, wypowiedział pierwsze, od kilkunastu dni, słowa, wyciągnął rękę by mnie przytulić. Naturalnie nie mogłam powstrzymać łez, które tym razem okazały się objawem rozsadzającego mnie szczęścia. Opadłam w jego ramiona, śmiejąc się i płacząc jednocześnie, a on nie puszczał mnie aż nie uznałam, że czas się odsunąć. 

      - Co się stało? - zapytał, wskazując na aparaturę wokół siebie i kable podłączone do jego żył. Otarłam łzy i pociągnęłam nosem, niezdolna jeszcze przez chwilę do wypowiedzenia słowa. Wreszcie wzięłam głęboki oddech i ujęłam jego dłoń w swoją. Wiedziałam, że powinnam zawołać lekarzy, ale potrzebowałam chwili. Nie mogłam pozwolić im popsuć tego momentu.

      - Co pamiętasz? - odpowiedziałam pytaniem, a on pokręcił głową i zmarszczył brwi, skupiając się na swoich wspomnieniach. 

      - Że wygrałem wyścig. Potem jechałem do warsztatu i rozmawiałem z mechanikiem… To on? Postrzelił mnie? - przeskanował spojrzeniem swoje ciało, jakby szukał rany od kuli. Zacisnęłam wargi i uśmiechnęłam się słabo.

      - Nie, Harry. Miałeś wypadek - odparłam, przykładając jego dłoń do swoich ust, co, w ostatnich dniach, stało się moim przyzwyczajeniem. Harry zamrugał szybko i skrzywił się, jakbym opowiadała mu o zupełnie niezrozumiałych rzeczach. 

      - Ja nie mam wypadków. Kto był za to odpowiedzialny? - warknął, a jego złość wywołała niekontrolowany ruch, który skończył się syknięciem bólu i chwyceniem się za niezrośnięte żebra. 

      - Uspokój się, jesteś jeszcze mocno poobijany. - położyłam mu płaską dłoń na klatce piersiowej, a potem sięgnęłam nią do jego policzka, głaszcząc uspokajająco. Zamknął oczy na krótką chwilę, ale jego szczęka wciąż była zaciśnięta. 

      - Kto to zrobił? - zapytał nieco ciszej, a mnie żołądek związał się w mały supełek. Nie mogłam powiedzieć mu prawdy, jeśli nie chciałam narażać bezpieczeństwa Phoebe. Calum miał rację, to wywołałoby wojnę. Nikt oprócz mnie, Kornelii i Phoebe o tym nie wiedział i wszystkie trzy uważałyśmy, że tak właśnie powinno zostać. 

      Oblizałam powoli wargę i spojrzałam gdzieś w bok, nie będąc w stanie na niego spojrzeć. 

      - Nie wiemy… - szepnęłam, wkładając kciuk w zęby i przygryzając go nerwowo. 

      - Ściemniasz. - stwierdził Harry osłabionym głosem, jakby próbował uniknąć kłótni. A może to przez leki i jego stan… Westchnęłam ciężko i odwróciłam w jego stronę głowę, by przyjrzeć mu się uważnie. Był blady, jego loki lepiły się do spoconego czoła, a ból połamanych kończyn wyraźnie dawał o sobie znać. 

      - Zawołam lekarza. Powinnam zrobić to już dawno. - szepnęłam, wstając z krzesła, ale on nie puścił mojej dłoni, zatrzymując mnie nagle. 

      - Kto to zrobił? - powtórzył swoje pytanie, mrużąc groźnie oczy. Nie tak wyobrażałam sobie jego pobudkę. Nie chciałam się kłócić po dwóch tygodniach obaw o jego życie. Przełknęłam ciężko ślinę i pochyliłam się nad nim, zamykając mu usta delikatnym pocałunkiem. 

      - Nie wiemy. Harry, potrzebujesz lekarza. Musimy się upewnić, że nam znowu nie zaśniesz - szepnęłam, głaszcząc go palcem po policzku. Jego oczy błądziły szaleńczo po mojej twarzy. Był skołowany, przez co spodziewałam się następnego pytania.

Through The DarkWhere stories live. Discover now