Galvin At Windows, godz. 21:28

431 18 0
                                        

         Siedziała przede mną, opowiadając, jakąś zabawną historię, której słuchałem jednym uchem. Każdy jej ruch, nawet najmniejsze drżenie, nie uchodziło mojej uwadze. Prawdopodobnie sama nie zdawała sobie sprawy ze spojrzeń, rzucanych na nią przez innych mężczyzn. Chciałem udusić każdego z nich. Zrobić im to, co robiłem... Nieważne... Ocknij się. Kobieta musi być wysłuchana, a ty odpływasz. Próbowałem skupić uwagę na jej słowach, lecz dwa zgrabne obojczyki odwracały ją uparcie. Ta sukienka... A niech cię, kobieto! Potarłem dłonie o nogawki moich czarnych spodni. Dyskretnie, tak, by nie dojrzała, jak na mnie działała. Hm... Musiałem jednak przyznać, że nie miałem nic przeciwko, by przekręciła ponownie tymi swoimi błękitnym oczkami. Zadziorna, pewna siebie. Będzie moja, choć jeszcze o tym nie wie. A ja zawsze dostawałem to, czego chciałem. Zawsze. I tym razem to ona znalazła się na moim celowniku. Gra w kotka i myszkę powoli zaczynała mnie niecierpliwić. Przecież chciała tego tak samo, jak ja. Chciała tego, choć bała się przed sobą przyznać. Próbowała zgrywać niezależną, ale ja wiedziałem, że chwila mojej nieobecności, wprawiała ją w zagubienie. Przecież nie musiałem z nią być, by widzieć... 

         Tak boleśnie nieświadoma tego, kto przed nią siedzi. Nieświadoma tego, co robiłem wczoraj. Nieświadoma, kruchości naszej relacji. Jedno zdanie. Jedno słowo i mógłbym wszystko zniszczyć, a ona płakałaby w kącie swojej sypialni, chowając przed światem łzy i udając przy ludziach, że wszystko w porządku. Przecież wcale nie potrzebowała jakiegoś typa, który nie potrafił wyznać o sobie całej prawdy. Nie potrzebowała nikogo prócz samej siebie. To nie była próżność czy egoizm. To była jej potrzeba niezależności. Ale ja nie byłem głupi. Mogła wmawiać sobie i światu, że potrafi świetnie sama radzić sobie z życiem, ale ja widziałem. Tyle razy widziałem... 

         Obudziłem w niej coś, czego nie powinienem. Obudziłem w niej potrzebę drugiej osoby. Potrzebowała mnie. Cóż za ironia losu. Jeszcze wczoraj otarłem się o śmierć. Nic wielkiego. Rutyna, związana z każdym miesiącem mojego życia. I tak nie miało ono dla mnie specjalnej wartości. „Żyj szybko, umieraj młodo”. Zarobiłem na wszystko, czego pragnąłem, osiągnąłem szczyt, a życie i tak nie było dla mnie zbyt ekscytujące. To nie o siebie martwiłem się każdego miesiąca... Lecz teraz coś się zmieniło. Zeszłej nocy, gdy stałem twarzą w twarz z ponurym żniwiarzem, rozgrywając kolejną partię naszych śmiertelnych szachów, przed moimi oczami pojawiła się znajoma postać. Postać kobiety, która teraz uśmiechała się serdecznie w odpowiedzi na kolejny mój komplement. Wiedziałem, że jej nieświadomość nie mogła trwać wiecznie. 

Through The DarkWhere stories live. Discover now