Może to był tylko szum w głowie, szybko zmieniające się światła za zaciśniętymi powiekami - ale Harry przez jedną chwilę był pewien, że wszystko właśnie wraca do normy, plan Dracona udany dobiega właśnie końca, a on, kiedy otworzy oczy, zobaczy drzwi swojego domu.
- To Ministerstwo - odezwał się w pierwszym oddechu, jaki tylko nerwowo zdążył złapać, czując ziemię pod stopami.
Nie zdążył dobrze się rozejrzeć, ledwo stanąć prosto, zagubiony jeszcze po tak dalekiej aportacji, kiedy poczuł uścisk na ramieniu. Ale w krótkim spojrzeniu nie poznał osoby, która wśród paru innych znalazła się nagle przy nim.
Odnalazł za to wzrokiem Dracona, ale zobaczył tylko jeszcze gorsze od własnego zdezorientowanie w oczach, podobne nawet do nierozumiejącego nic przerażenia. Blaise niby mówił coś do blondyna, coś próbował mu tłumaczyć - ale Draco spojrzał tylko na niego tak, jakby bardzo tych wyjaśnień chciał, ale absolutnie nie rozumiał jego słów.
- Harry!
Okularnik odwrócił spojrzenie na ten znajomy, nierówny w biegu głos. I nawet jeśli sam nie mógł zrobić kroku, w parę sekund później zatrzymał się przy nim Ron.
- Wszystko gra? - zapytał od razu Weasley, mierząc go całego przelotnym spojrzeniem. Harry nie odpowiedział, odwrócił się tylko przez ramię, żeby zatrzymać wzrok na stojącym przy nim aurorze, który usilnie próbował zmusić go do ruszenia się z miejsca. Byłoby znacznie lepiej, gdyby on go puścił. Harry przez tę chwilę poznał tę twarz. To był ten sam czarodziej, przed którym zwiał w Paryżu. Tym mocniej postarał się odsunąć. - Nieważne, słuchaj, Harry - ciągnął dalej Ron, ignorując to wszystko, chociaż zauważając. Nie chodziło o to, że nie miał dla Harry'ego teraz czasu - to Harry nie miał go dla niego, nawet jeśli sam jeszcze nic nie rozumiał. - Uspokój się, wiem, co robię. Hermiona wie - poprosił, z rumieńcami sięgającymi już nie tylko twarzy, ale i szyi. Fatalnie czuł się, po tylu tygodniach na przywitanie stawiając przyjaciela w takiej sytuacji. Harry spojrzał na niego odrobinę uważniej, ale Ron przekreślił w nim tę namiastkę nadziei, marszcząc brwi zmieszany, kiedy dokończył: - Ona już czeka... I Wizengamot też. Uspokój się.
Ale Harry nie wiedział, czy może mu wierzyć. Skoro mógł czuć się bezpieczny, dlaczego otaczali go ludzie, którzy tak dbali o to, żeby nie zrobił ani jednego samowolnego kroku?
W końcu wspomnienie zimnego miejsca, bez ani kropli złotego światła słońca za jedną kratą, z cieniami o lodowatych dłoniach za drugą - wygrało z czymkolwiek, co działo się w tej chwili. I Harry w całej swojej energii skreślił wszystkie wcześniejsze prośby Rona, żeby potraktować go możliwie łagodnie. Weasley rzucił coś tylko zrezygnowany sam do siebie, zanim sam pomógł aurorowi zatrzymać go w miejscu, tylko mówiąc coś do Harry'ego bardzo szybko, ale bez przerwy.
Harry go nie słuchał. Jeśli istniała jakakolwiek szansa, że cokolwiek Ron i Hermiona robili, się nie powiedzie - on nie zamierzał znów wylądować na łasce Wizengamotu. A najbardziej bał się tego, jak go ta myśl przeraża.
- Draco! - krzyknął, to w nim szukając ostatniej pomocy. Starał się zatrzymać wzrok na nim, wychylić się ponad ramię Rona, który ciągle powtarzał jego imię. Ale Harry nie chciał z nim rozmawiać, z nikim, dopóki nie znajdzie się przynajmniej sto mil od tego przeklętego budynku. - Draco, proszę!
I bał się najgorszym rodzajem strachu, który i bezsilnie mroczył mu wzrok i gubił każdą myśl poza jednym wyraźnym uciekaj, i dodawał setki sił, które zdawały się nigdy nie skończyć.
Draco stał w tym czasie tylko z boku, nie ruszając się nawet z miejsca, w którym kilka minut temu się tu pojawił, bledszy od pergaminu na twarzy, przy Blaisie, chociaż go nie dostrzegał, nie wiedząc, co powinien zrobić.
CZYTASZ
Przysięgam || drarry
FanficVoldemort został pokonany sześć lat temu. To świetnie, prawda? Harry i Draco popadli ze skrajności w skrajność i zamiast próbować zabić się na szkolnych korytarzach, próbują potajemnie zmienić kolor dekoracji w sali weselnej. To też dobrze, racja? A...
