82. Niemy krzyk

672 25 576
                                        

Remus

      Na pewno wspominałem już kiedyś, że nienawidzę czekać. Zwłaszcza na ratunek, który nie wiadomo, czy nadejdzie. Kiedy patrzyłem na Regulusa wciąż męczącego się z irracjonalnie wysoką gorączką, miałem przebłyski z przeszłości. Nocy, której Syriusz został tak ranny, że tylko cud mógł go uratować. Oczywiście James ten cud załatwił, ale tego, co przeżyłem czekając i próbując zachować Syriusza przy życiu, mając przy okazji kompletnie związane ręce, na zawsze zostało w mojej głowie. I pewnie już nigdy tego nie wyprę. Teraz też czekałem na cud. Na to, że Regulusa zatruła ta roślina, na którą istnieje antidotum. Na to, że Boydowie i nasza złota trójca w ogóle zdołają znaleźć główny składnik odtrutki. Tym razem James nawet nie mógł pomóc, bo był potrzebny gdzie indziej. Przy żonie, której ta chora magia właśnie fundowała jeden z największych koszmarów.

      Zacisnąłem dłonie w pięści, próbując wziąć się w garść. Musiałem być silny zarówno dla nich, jak i dla Syriusza, który w oczach miał coraz więcej obłędu z rozpaczy. Tyle, że... kto miał być silny dla mnie? Nie dalej, jak dobę temu nie dość, że musiałem znowu rozstać z synem (odechciało mi się już liczyć te pożegnania, które łamały mi serce na pół za każdym razem), pożegnałem też żonę. Nawet nie wiedziałem, gdzie była. Czy już jej przeszło, czy w ogóle była bezpieczna. Nie wiedziałem, kiedy znowu ich zobaczę. Za każdym razem, kiedy zdarzyło mi się pomyśleć, że gorzej już być nie może, życie udowadniało mi z całą mocą, że kurewsko się mylę.

      Przetarłem zmęczone oczy wierzchem dłoni, cały czas czując lekki dyskomfort gdzieś z tyłu głowy po ciosie, który zafundowała mi Dora. Mogłem skończyć dużo gorzej. Jako roślinka albo w ogóle w grobie. Ta perspektywa nie była dla mnie przerażająca dlatego, że martwiłem się o siebie. Tylko Dora nigdy, przenigdy by sobie tego nie wybaczyła. A ja gdzieś w zaświatach miałbym wyrzuty sumienia, że zrobiła to wszystko dlatego, że to na mnie mściła się ta cholerna magia, która najpierw ugodziła we Freda ze zdwojoną siłą, a teraz niszczyła Regulusa cal po calu. To ukąszenie przez roślinę, to nie był przypadek.

      To się mogło zdarzyć tylko nam.

      — Nie chodzi o niego — mruknąłem pod nosem, kiedy to do mnie dotarło. Oczywiście dla pozostałych nie miało to żadnego kontekstu, bo odkąd Harry, Hermiona, Ron i Boydowie opuścili namiot, wszyscy milczeli. Dumbledore zabrał Hectora zaraz po nich, mówiąc, że postarają się zastanowić, gdzie jeszcze znajdą Atravenę, jeśli poszukiwania w jego szklarni zawiodą. Pozostali wbijali teraz we mnie pytający wzrok, próbując pojąć, o co chodzi.

       — Co? — wychrypiał Syriusz, z trudem skupiając na mnie spojrzenie. Ogrom bólu, który miał w oczach ścisnął mnie za gardło. Odechciało mi się dzielić wnioskami do jakich doszedłem, ale skoro już zacząłem, musiałem dokończyć, żeby nie wzbudzać niepotrzebnej frustracji.

       — Nie chodzi o Regulusa — powtórzyłem cicho, odwracając wzrok i patrząc gdzieś w ścianę. Nienawidziłem tego. Tego, że chcąc nie chcąc próbowałem rozgryźć w głowie wszystkie tragedie, które chciały nas zniszczyć. — Jeśli ta popaprana magia cały czas działa według schematu, nic jeszcze nie powinna się z nim dziać. Dopiero po jego pełni, która wciąż przed nim. Wydaje mi się, że...

      — To przeze mnie — przerwał mi Syriusz, kiwając głową. W jego oczach zalśniły łzy. — Wiem. Wiem, że to przeze mnie, że teraz mnie chce rozwalić. Chce, żeby mój brat umarł na moich oczach wcześniej przechodząc przez jakąś cholerną agonię. Wiem. I choćbym chciał, nic nie potrafię na to poradzić.

      Głos mu się załamał. Stanął do nas tyłem, opierając ręce na biodrach, jakby próbował się zebrać. Po raz kolejny, nie wiadomo już który, wziąć się w garść. Nikt z nas do niego nie podszedł, nikt się nie poruszył poza Mer, ale pani Pomfrey delikatnie przytrzymała ją za nadgarstek. Też sądziłem, że trzeba dać mu kilka sekund na zebranie sił do dalszej walki. Do dalszego oczekiwania. Nienawidziłem tego, że mieliśmy rację. Jego gehenna zawsze wiązała się z Mer, Regulusem albo Jamesem. Mer prawie utonęła na jego oczach, nie wspominając już o tym, ile razy Rogacz straciłby życie. Musiało w końcu paść na Regulusa. To wisiało w powietrzu, choć albo tego do siebie nie dopuszczaliśmy, albo jednak nie było to takie oczywiste, jakie się teraz wydawało. Zwłaszcza, że się pojednali, że bycie braćmi wychodziło im coraz lepiej.

OraveritisOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz