83. Na wszelki wypadek

701 26 519
                                        

James

      Regulus się nie ocknął. Gorączka wyraźnie spadła, krew, która ciekła z rany nie przypominała już gęstego atramentu, a on spokojniej oddychał. Mimo to, nawet nie drgnął. Pani Pomfrey twierdziła, że to normalne, a jego ciało nie dojdzie do siebie w kilka minut po tak poważnym zatruciu, ale jej słowa wcale nie sprawiły, że napięcie opadło. Nie wiedziałem, na kim mam się skupić, kogo uspokajać i kogo pilnować. Regulusa, który mimo poprawy nadal wyglądał, jak ktoś, kto znalazł się już po drugiej stronie. Lily, która mimo lekkiego uspokojenia objawów zachowywała się, jakby siedziała na czymś kłującym, bo za każdym razem, kiedy poczuła w sobie ruch, podskakiwała, jak oparzona. Czy w końcu Syriusza, który już nawet nie okazywał emocji. On po prostu stał nieruchomo, wpatrując się w brata szeroko otwartymi oczami. Ziała z nich pustka. Nie zwrócił nawet uwagi na Mer, która błyskawicznie wyleczyła dłoń, którą sobie pokaleczył. Na nic nie zwracał uwagi.

      Narastało we mnie wiele rzeczy naraz. Miałem w sobie tyle emocji, lęków i potrzeb do spełnienia od zaraz, że bardzo musiałem nad sobą panować, by nie dać temu ujścia w jakiś histeryczny albo agresywny sposób. Powoli dojrzewała we mnie decyzja. Jeszcze ostatecznie jej nie podjąłem, jeszcze zdrowy rozsądek próbował mnie hamować, jeszcze zważanie na słowa moich najbliższych starało się mnie kontrolować, ale podświadomie czułem, że i tak już jest pozamiatane. Że tylko się oszukuję, że jeszcze dam radę cierpliwie czekać na spokojne planowanie kolejnych kroków, jednocześnie patrząc, jak moja rodzina cierpi i się rozpada.

      Wcale nie.

      To było ponad moje siły. Już dawno stało się nie do zniesienia, ale od kilku dni siła przemocy, która na nas oddziaływała przez tą cholerną magię, przekroczyła wszelkie granice. A ja przecież nie mogłem mieć pewności, że nie będę następny i już niczego nie dam rady zrobić. Ukradkiem zerknąłem na zegarek na nadgarstku. Dochodziła osiemnasta.

      Musiałem jeszcze trochę poczekać.

      Kiedy podniosłem wzrok, napotkałem spojrzenie Harry'ego. Nie odwrócił wzroku, kiedy przyłapałem go na tym, że mi się przygląda. Wciąż patrzył. Jakby wiedział. Albo przynajmniej się domyślał. Chciałem wiele mu powiedzieć, ale nie mogłem tego zrobić przy świadkach. Wygiąłem tylko wargi na kształt czegoś, co miało przypominać uśmiech. Miało. Ale czy przypominało? Szczerze wątpiłem. Harry'emu nawet nie drgnęła powieka, ale w jego spojrzeniu było tyle rozpaczy, że nie śmiałem się z nią mierzyć. To ja pierwszy odwróciłem wzrok.

      Obecnie wszyscy tłoczyliśmy się w sypialni Regulusa. Niektórzy cicho rozmawiali, bo w końcu wstąpiła w nich nadzieja. Inni po prostu milczeli i czekali na rozwój wydarzeń. Nareena, jako jedyna wyszła. Nie miałem pojęcia dokąd poszła, ale spodziewałem się, że jak najdalej od miejsca, w którym nie wytrzymała i pokazała nam, że też ma ludzką twarz. Z pewną ironią myślałem, że tego pewnie wstydzi się bardziej, niż tego jak podle nas traktowała, często będąc kompletnie niesprawiedliwą. A mimo to, poszła z nimi szukać ratunku dla Regulusa. Jednak każda, nawet najbardziej jadowita żmija, miała resztki sumienia. Postanowiłem jednak nie poświęcać jej osobie zbyt wiele czasu. Nie z niechęci, bo wiedziałem, że miała prawo nas nienawidzić. Po prostu nie miałem już na to miejsca w swoim zawalonym do granic umyśle.

      Nie zdążyłem niczego postanowić. W pewnym momencie Syriusz po prostu wyszedł z pomieszczenia. Tak gwałtownie i szybko, że wszyscy automatycznie przenieśli na niego wzrok. Po chwili usłyszałem, jak zbiega po schodach. Przez dłuższą chwilę wpatrywaliśmy się w drzwi, a potem poczułem kilka spojrzeń na sobie. Uchwyciłem wzrok Meredith i Remusa.

      — Idź — mruknął Lunatyk, obejmując Lily ramieniem, tym samym dając mi znać, że się nią zaopiekuje. — Nie powinien teraz zostać sam, nawet jeśli wydaje mu się, że powinien.

OraveritisOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz