Syriusz
Naprawdę łudziłem się, że powrót Jamesa jest jedyną rzeczą, której teraz w życiu potrzebuję. Kiedy go nie było, nie marzyłem o niczym innym. Myślałem, że nerwowo się skończę, obijając się od ściany do ściany i czekając, nie wiedząc do końca na co. Na niego, czy na kataklizm, który powie mi, że już nie muszę czekać. Pomyliłem się. Wybitnie. Wystarczyło, że zaczął pieprzyć po swojemu i nagle zamarzyłem wysłać go na drugi koniec świata, żeby zmądrzał i dopiero wtedy wrócił.
— I to jest ten twój genialny plan, tak? — zapytałem, stając przed nim. Dla pewności zacisnąłem palce w pięści i schowałem za plecami. Nie chciałem, żeby moja samokontrola znowu mnie zawiodła. — To, co przed chwilą powiedziałeś?
— Tak — odparł spokojnie, siedząc swobodnie na kanapie. Wyglądał, jakby omawiał z nami plany na piknik, a nie misję samobójczą, którą właśnie zaproponował. — Lepszego nie mam. Chociaż nie — pokręcił głową — w ogóle go nie ma. Nie kombinujcie, bo wszyscy dobrze wiecie, że mam rację.
— To, że masz rację nie znaczy, że musimy się z tobą zgadzać — mruknął Lunatyk, a ja z zaskoczeniem się do niego odwróciłem.
— Naprawdę? Tylko tyle mu powiesz? To jest moje wsparcie w wybiciu mu tego ze łba?
— Dawno ustaliliśmy, że Remus ma więcej zdrowego rozsądku niż ty i dlatego nie zamierza protestować. Pogódź się z tym, Łapo — powiedział James, po czym szeroko ziewnął. Ledwo siedział. Wyglądał jak zwłoki.
I to sprawiało, że byłem jeszcze bardziej zły.
— To jest gówno, a nie plan — warknąłem, odwracając się od niego gwałtownie. Znowu zacząłem chodzić po pokoju. Dobrze, że nie po ścianach, choć już niewiele mi brakowało do tego poziomu złości.
— Spróbujmy to podsumować — zaproponował Regulus ze stoickim spokojem. Do tej pory milczał, obserwując nas z uprzejmym zainteresowaniem. Znowu schowałem ręce za siebie. W końcu przezorny zawsze ubezpieczony. — James obserwował siedzibę Voldemorta ciągiem przez wiele godzin. Udało mu się dostrzec takie rzeczy, jak budynek poddany działaniu iluzji, dziwna rzeka, która prawdopodobnie nie jest rzeką, posągi, tajemnicze kwiatki i masa śmierciożerców wychodzących na patrol w równych odstępach czasu. Do tego wykrył, że Voldemorta co świt dręczy jakieś cholerstwo, prawdopodobnie będące konsekwencją wskrzeszeń.
— Swoją drogą sprytne — mruknął Harry, w zamyśleniu wpatrując się przez okno. Jego brak reakcji na propozycję Jamesa dobijał mnie jeszcze bardziej niż opieszałość Remusa. — Voldemort zginął o świcie. Ta magia jak zwykle wie, co robi.
— Jeszcze zacznij ją podziwiać — burknąłem pod nosem, jednocześnie mając nadzieję, że nikt tego nie usłyszał. Nic jednak nie mogłem poradzić na to, że musiałem wyrzucać z siebie wściekłość, jeśli nie chciałem eksplodować.
— Co? — mruknął James, zerkając na mnie nieprzytomnym wzrokiem. — Mówiłeś coś?
— Że jesteś palantem.
— Zawsze miło usłyszeć wyznanie miłości z twoich ust.
— Wracając do podsumowania Regulusa, które przed chwilą nam przedstawił — Mer szybko weszła mi w słowo, kiedy chciałem się odszczeknąć — przejdźmy może do planu Jamesa. I zamiast się kłócić, złościć i obrażać, spróbujmy go po prostu przedyskutować.
— Ja nie będę o tym dyskutował — zastrzegłem natychmiast. — Ja się na to po prostu nie zgadzam.
— A słyszałeś, żebym chociaż raz zapytał cię o zgodę? — zapytał James, unosząc brwi. — Nie? No to możesz przyjąć do wiadomości, że jej nie potrzebuję. Już postanowiłem, zdania nie zmienię.
CZYTASZ
Oraveritis
FanfictionKontynuacja opowiadania znanego pod nazwą "Obliterati". "Ciągniecie za sobą konsekwencje, o jakich nie macie pojęcia". Życie osób wskrzeszonych przez Harry'ego Pottera wydawało się być sielanką, a James, Lily, Syriusz, Remus, Nimfadora i Fred szybko...
