Meredith
Chodziłam chwiejnie od jednej kamiennej ściany do drugiej. Na początku liczyłam każdy z przebytych odcinków, tak po prostu, dla zapełnienia swojej głowy nic nieznaczącymi cyframi. Później przestałam, bo było ich tyle, że zmylił mi się rachunek. Odkąd zamknięto mnie w tym ciemnym, pustym pokoju bez okien, nie wydarzyło się nic. Straciłam rachubę czasu, ale byłam pewna, że doba na pewno już minęła. A może nie... Oparłam się dłonią o chłodny kamień, drugą ręką przecierając oczy. Byłam tak przerażona, że nawet nie miałam czym płakać. Nie miałam na to siły. Każdy najmniejszy dźwięk, który docierał do moich uszu, powodował, że wzdrygałam się ze strachu. Wiedziałam, że ktoś tutaj w końcu przyjdzie. Pytanie tylko kto i co mi zrobi.
Nie liczyłam na cud, nie spodziewałam się żadnego ratunku. Sama tego chciałam, odcinając ich od informacji o miejscu mojego pobytu. Los zrządził, że wiedział o tym jedynie Harry, ale co im z tego? Nawet jeśli powiedział reszcie i dowiedzieli się o nalocie na dom Sam, Merlin raczył wiedzieć, gdzie teraz się znajdowałam. Zawiązali mi oczy, a opaskę zdjęli dopiero w tym dziwnym pomieszczeniu. Dziwnym, bo w niczym nie przypominało lochów, w których przetrzymywano Jamesa. Nie miało też nic wspólnego z bardziej cywilizowaną celą więzienną. Przypominało ciasny pokój. Z byle jakim łóżkiem, małym okienkiem przy suficie i dwoma wiadrami. Przeznaczenia jednego z nich się domyślałam i trzęsło mnie w środku z bezsilności, że dopóki nie zginę, będą robili wszystko, żeby mnie upodlić.
Nie zbliżyłam się do łóżka, czy raczej siennika z podejrzanie czystą pościelą nawet na krok. Omijałam je bardzo skrupulatnie, wiedząc, że z własnej woli w życiu się na nim nie położę, w życiu nie skorzystam z niczego, co w jakikolwiek sposób mi "oferowali". Chciałam, żeby koniec nadszedł szybko z dwóch powodów. Po pierwsze, z pewnością uwolni mnie od ciągłego strachu, od tej niewiadomej, co się ze mną stanie. A po drugie, w końcu przestanę myśleć, wspominać, czepiać się kurczowo tych chwil, które były dla mnie najdroższe. W cieniu każdej z nich krył się kpiący blask jego rozbrajających, szarych oczu.
Tyle zmarnowanych chwil, tyle obrzydliwych słów, tyle błędów, tyle bólu i cierpienia. W obliczu tego, co mnie spotkało, utwierdziłam się w przekonaniu, że już nigdy bym tego nie powtórzyła. Stałabym przy nim murem, tak jak on stał przy mnie, niezależnie od tego, co mu zrobiłam. Mógł mnie nienawidzić, mieć do mnie żal, mógł mi okazywać, jak bardzo go zawiodłam, ale w jego oczach zawsze widziałam, że...
Drgnęłam, kiedy zamek w drzwiach głośno szczęknął. Odruchowo wtuliłam się plecami w ścianę, zaplatając ręce za sobą. Jeśli to jest ta chwila, myśl o jego oczach będzie chyba pięknym ostatnim echem Meredith Amartis na tym świecie. Choć robiłam wszystko, żeby stłumić strach i spróbować umrzeć z godnością, mój oddech automatycznie stał się szybki i chrapliwy, a serce waliło mi tak mocno, że jego dźwięk zagłuszał wszystko inne.
Z półmroku wyłonił się ktoś wysoki. Ktoś, kto łypnął na mnie pustym spojrzeniem. Choć nie miało to żadnego sensu, mimowolnie lekko się rozluźniłam.
— Regulus — sapnęłam, przyciskając dłoń do klatki piersiowej. Wiedziałam, że jego też powinnam się bać, bo nie był sobą, a jeśli Voldemort z premedytacją zabiłby mnie jego rękami, osiągnąłby szczyt swojej perfidii.
A życie Syriusza szczyt złośliwego absurdu. Nie panując na tym, odruchowo się skrzywiłam. Zabolało. Odkąd mnie tu zamknięto, robiłam wszystko, by nawet w głowie nie używać jego imienia. Za dużo mnie to kosztowało, a myśli, które bez mojej woli krążyły tylko wokół niego, były łatwiejsze do zniesienia niż te, kierowane pod jego adresem z premedytacją.
CZYTASZ
Oraveritis
FanfictionKontynuacja opowiadania znanego pod nazwą "Obliterati". "Ciągniecie za sobą konsekwencje, o jakich nie macie pojęcia". Życie osób wskrzeszonych przez Harry'ego Pottera wydawało się być sielanką, a James, Lily, Syriusz, Remus, Nimfadora i Fred szybko...
