91. Poniżej zera

552 26 278
                                        

Nareena

      Wciąż stałam w wejściu do sypialni Potterów, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Co prawda Lily się uspokoiła, więc przestała nam grozić natychmiastowa śmierć z jej rąk, ale zamiast tego wpadła w trudny do obserwowania letarg. Opierała się bezwładnie o wciąż trzymającą ją Linnet i wpatrywała się w ścianę, nawet nie mrugając. Jakby ktoś kompletnie odciął jej zasilanie. Hermiona krążyła niespokojnie przy oknie, co chwilę wyglądając na zewnątrz, bo jeśli z mojej bezpiecznej miejscówki przy drzwiach nie mylił mnie wzrok, ten śnieg zaczynał świrować. Walił z nieba w olbrzymich, białych kołtunach. Zerknęłam na Lily, by później złowić wzrok Hermiony.

      — Myślicie, że to przez nią? — zapytałam, z niepokoju stwierdzając, że czas na kilkuminutowe zawieszenie broni i okazanie im łaski tym, że będę się do nich odzywać. Jak zwykle bierne czekanie na braci, którzy i tym razem postanowili mieć głęboko gdzieś moje zdanie, było w tym miejscu niewykonalne.

      — Nie wiem — mruknęła Hermiona, zaciskając palce na parapecie. — Nie podoba mi się to. Jest coraz gorzej. Czujecie, jak wiatr...

      Do tej pory nie czułam. Poczułam, zanim zdołała dokończyć zdanie, bo akurat ściana, o którą się opierałam została brutalnie potraktowana przez dziki powiew. Poczułam się jakby ktoś mnie popchnął i musiałam zrobić trzy gwałtowne kroki do przodu, żeby nie upaść na twarz.

      — Czujemy — burknęłam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła. — To już jest moment na ewakuację, czy będziecie udawać, że macie inny plan?

      — Jak możemy się ewakuować? — jęknęła Linnet, wciąż mocno trzymając Lily. Przemknęło mi przez myśl, że jeśli faktycznie będziemy uciekać, Lily trzeba będzie stąd wytargać. Nie docierało do niej kompletnie nic, więc nie spodziewałam się, że dotrze uprzejma prośba o opuszczenie namiotu. — Przecież pozostali ruszyli sprawdzić, o co chodzi Elisie, nie możemy się przemieścić, kiedy ich nie ma, bo później nie trafią.

      — Ale zostać też tu nie możemy — syknęłam, podchodząc nerwowo do okna. Już nic nie było widać. Tylko biel. Wiatr na zewnątrz wiał tak złowrogo, że miałam ciarki na całym ciele. — Mi też się to nie podoba, bo przypominam, że Johnny i Daniel poszli z nimi, ale najwyżej wyślemy im później jakieś współrzędne. Nie zamierzam dać się zdmuchnąć z powierzchni ziemi. — Zerknęłam za okno. — Dosłownie zdmuchnąć, bo czuję, że jeśli zaraz czegoś nie postanowimy, to wszyscy tak skończymy.

      — Masz rację, ale dokąd mamy się przenieść? — zapytała Hermiona, wyglądając na korytarz. Miałam wrażenie, że usłyszała to samo, co ja. Kroki. Tyle, że obie nie byłyśmy pewne, czy naprawdę ktoś idzie w naszym kierunku, czy to wiatr płata nam figle. Poza nami w tym namiocie była tylko nasza śpiąca królewna, czyli Potter i dwoje Weasleyów, którzy go pilnowali.

     — Gdziekolwiek? — zapytałam z niedowierzaniem, patrząc na Granger jakby przed chwilą spadła z drzewa i pogubiła wszystkie klepki. — Jak najdalej stąd, byle przestało tak wiać i sypać.

      — No dobrze, ale skąd wiesz, gdzie jest to miejsce, w którym aktualnie nie sypie i nie wieje? — warknęła Hermiona, posyłając mi tak samo przyjazne spojrzenie, jak ja jej. — Nie wiem, co to za śnieżyca i czym jest spowodowana. Jeśli to jest związane ze wskrzeszeniami, to może być tak, że sypie dosłownie wszędzie. I żadne przenoszenie się nic nam nie...

      Zamarła, nie dokończywszy zdania. Byłam już gotowa jej odpyskować, że każde działanie jest lepsze od czekania aż ten zawszony namiot kompletnie się poskłada, ale widząc, że kieruje wzrok na wejście do pokoju, odwróciłam się, żeby zobaczyć, na co patrzy. W drzwiach stał Potter, który wygląda, jakby ledwo kontaktował.

OraveritisOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz