92. Zwarcie

413 25 329
                                        

Meredith

      Śnieg wirujący wokół nas w swoim szalonym tańcu przyprawiał mnie o kompletny obłęd. Nie tyle przeszkadzał mi chłód i fakt, że jestem cała mokra, co brak jakiejkolwiek orientacji w terenie. Wszędzie była biel, wszędzie był wiatr i jego złowrogi szum. Nic więcej. Może jeszcze poza świadomością, że od ponad pół godziny nie mieliśmy pojęcia, gdzie jest Syriusz, co przyprawiało mnie o jeszcze większe mdłości niż szalejący błędnik. Starałam się trzymać. Udawać, że brak działania jakiejkolwiek magii naprowadzającej nie przeraża mnie aż tak. Pocieszałam się, że nie jestem sama. Że po zgubieniu Syriusza poszliśmy po rozum do głowy i złapaliśmy się pod ręce, żeby się już kompletnie nie rozejść bez żadnych szans na rychłe odnalezienie. Wzięli mnie w środek, co sprawiało, że to właściwie nie ja nadawałam nam kierunek, ale to wcale nie zmieniało naszego położenia.

      Oni też nie wiedzieli dokąd iść.

      — To jest kompletnie bez sensu — jęknął Remus, po czym stanął, dysząc ciężko i pociągnięciem zmuszając nas do tego samego. — Idziemy przed siebie jak ślepcy. Musimy to przeczekać.

      — Przeczekać? — prychnął Mikkel, po czym zaczął kasłać, bo śnieg i wiatr wdarły mu się do ust. Kiedy znowu był w stanie złapać powietrze, wychrypiał: — Chcesz tu zamarznąć?!

      — Nie chcę zamarznąć, ale parcie dalej przed siebie na ślepo jest jeszcze gorsze! — krzyknął Remus z rozpaczą. — Możemy wpaść na kogoś albo na coś, co sprawi, że nie będzie z nas czego zbierać. Albo przestanie sypać, albo po nas. Nie ma nic pomiędzy.

      — Pomiędzy jest to, że ktoś mógłby nam uratować tyłki — burknął Mikkel, po raz kolejny z wściekłością próbując użyć czarów do osłonięcia się przed brutalną śnieżycą. Oczywiście bez skutku. — Gdzie są Boydowie i Regulus? Mieli wrócić do namiotu tylko na chwilę, przenieść resztę w bezpieczne miejsce i wrócić! Gdzie Dumbledore?! Co to był w ogóle za poroniony pomysł, żeby próbował ujarzmić ten śnieg, jak z góry wiadomo, że się nie da, bo to ta okropna magia?!

      — A może wrócili — zasugerowałam, zastanawiając się, czy bardziej szczękam zębami z zimna czy ze strachu już nie tylko o Syriusza. O nich wszystkich. — Tylko pogubili się tak, jak my. Może próbują nas znaleźć. Ale nie mogą.

      — Świetnie — warknął Mikkel, próbując osłonić twarz przedramieniem. Ja po prostu schyliłam głowę, żeby w ogóle móc swobodnie oddychać, a wiatr przestał sprawiać, że co chwilę się zapowietrzałam. — Wszyscy jesteśmy zgubieni. Już po nas.

      Remus wziął wdech, żeby coś powiedzieć, ale Mikkel natychmiast mu przerwał:

      — Tylko nie mów, że jeszcze będzie dobrze i że jakoś z tego wyjdziemy. Bo, kurwa, nie wyjdziemy.

     — Nie chciałem cię pocieszać — odparł Remus obrażonym tonem. — Chciałem się zgodzić. Jest po nas. Jeśli nie przestanie sypać.

      — I po co to "jeśli"? — syknął Mikkel. — Nie ma żadnego "jeśli", bo nie przestanie. Ten zasrany śnieg prószy tygodniami. W końcu się rozkręcił i będzie tak napierdalał przez kolejne tygodnie, więc nie mów mi, że...

      Zająknął się i zamarł, podobnie jak ja i Remus, bo w ułamku sekundy stało się coś, czego nie dało się racjonalnie wytłumaczyć. Ryk wichury urwał się tak nagle, jakby ktoś ostrym cięciem noża odseparował dźwięk od obrazu. Miliardy wirujących płatków śniegu, które jeszcze przed momentem pędziły poziomo z prędkością huraganu, straciły cały swój impet. Nie opadły na ziemię. Nie stopniały. One po prostu zniknęły w powietrzu, dematerializując się w jednej milisekundzie, jak gasnąca iluzja. Zapanowała głucha, niczym bolesna dla uszu cisza.

OraveritisOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz