Nimfadora
Leżenie i gapienie się tępo w sufit stało się moim jedynym zajęciem. Na nic innego nie było mnie stać. Na nic innego nie miałam ochoty, wszystko wymagało jakiegokolwiek zaangażowania, choćby nakierowania myśli. A leżenie było pustką. Tą samą pustką w jakiej znajdowałam się od dnia, w którym musiałam oddzielić się od reszty. Nawet nie walczyłam o to, żeby wrócić, bo było ze mną coraz gorzej. Wbrew pozorom to otępienie mi pomagało, bo wtedy niczego nie czułam. Ani radości, ani smutku, ani tego, że gdyby ktoś postawił przede mną Remusa, znowu chciałabym go skrzywdzić.
To nie minęło. Czasami się nasilało, czasami słabło. Miałam momenty, że tego nie czułam, ale nadchodziły też chwile, kiedy aż piekła mnie twarz z nienawiści, gdy myślałam o własnym mężu. Nie chciałam tego, walczyłam z tym, odpychałam to od siebie, jak tylko mogłam, ale szybko się poddałam. Zauważyłam, że brak reakcji jest jedynym dobrym wyjściem. Kiedy tak leżałam i próbowałam przetrwać, to uczucie czystej pogardy mijało i zastępowała je tęsknota. Dzika, bolesna i niczym niepohamowana tęsknota za mężem, synem i życiem, które musiałam zostawić przez tą cholerną magię.
Bolała mnie ta niesprawiedliwość. Buntowałam się w sobie, dlaczego właśnie mnie to spotkało, dlaczego to ja musiałam oszaleć i stać się na tyle niepoczytalna, że konieczna była wymuszona dezercja. Potem myślałam o Fredzie i o tym, co zrobiła z nim pełnia, i robiło mi się od tego gorzej. I lepiej jednocześnie. Bo jednak ja jeszcze zachowałam resztki świadomości. Większość czasu byłam niezwykle trzeźwa i świadoma. Pomijając to, że z nakręcaną sztucznie nienawiścią w tle, ale nadal byłam sobą. Czego nie mogliśmy powiedzieć na temat Freda.
Gapiłam się w ten sufit tak długo, że nauczyłam się na pamięć każdej jego krzywizny, każdego wyżłobienia w farbie i każdej krwawej plamki po unicestwionym owadzie. W myślach zaprzyjaźniłam się nawet z małym pająkiem, który wędrował czasami przez moje pole widzenia i któregoś dnia zaczął tworzyć pokaźną sieć w rogu pokoju. Obserwowałam go tak całe dnie, kiedy tylko się pojawiał. Właściwie wstawałam z tego łóżka tylko po to, żeby iść do toalety, wypić i zjeść tyle, żeby przeżyć, bo apetyt kompletnie mi nie dopisywał, nie wspominając o pragnieniu.
Dumbledore zapewnił mi naprawdę dobre warunki. Umieścił mnie w jakiejś małej, biednej, ale czystej chatce z dala od ludzi. Miałam przydzielonego strażnika z MACUSy, który codziennie się zmieniał, ale z żadnym nie rozmawiałam. Miałam zawsze świeże jedzenie, świeżą wodę i czyste ubrania. Wokół pełno książek, jakichś starych puzzli albo łamigłówek. Było naprawdę miło i przytulnie, a ja miałam do dyspozycji cały dom. Mimo to nie korzystałam z niego. Ograniczyłam się do jego pokoju, a wyjścia z niego dyktowały mi albo potrzeby fizjologiczne, albo głód. Nie było nic pomiędzy. Nie byłam w stanie czytać, nie wspominając o układaniu puzzli albo łamaniu głowy nad jakimś sudoku.
Leżałam więc i celebrowałam każdy sukces małego pająka, odliczając w myślach do końca tego koszmaru. Drażniło tylko to, że nie wiedziałam, jak długo mam jeszcze odliczać i w jaki sposób mój trwający od wielu dni letarg, w końcu dobiegnie końca.
Przekręciłam się na drugi bok, jak zawsze, kiedy stwierdziłam, że jestem senna i należałoby się przespać. Jakbym doprawdy mogła zmęczyć się leżeniem przez kolejną dobę, którą miałam za sobą. Zamknęłam oczy, obejmując się ramionami i próbując skupić myśli jedynie na tym, jaki progres pająk poczyni przez noc. I czy jak wstanę rano, pajęczyna będzie o wiele bardziej okazała niż przed chwilą.
Z dołu dobiegł mnie cichy, metalowy brzęk tłuczonego szkła, a potem stłumione przekleństwo. Kolejny strażnik. Sądząc po ciężkim, niezdarnym kroku, to musiał być ten facet z rudą brodą, którego imienia nawet nie starałam się zapamiętać. Pewnie znowu zahaczył o stolik w salonie. Przez moment poczułam ukłucie irytacji, że zakłóca moją idealną, wypracowaną godzinami ciszę, ale złość zgasła równie szybko, jak się pojawiła. Nie miała siły napędowej.
CZYTASZ
Oraveritis
FanfictionKontynuacja opowiadania znanego pod nazwą "Obliterati". "Ciągniecie za sobą konsekwencje, o jakich nie macie pojęcia". Życie osób wskrzeszonych przez Harry'ego Pottera wydawało się być sielanką, a James, Lily, Syriusz, Remus, Nimfadora i Fred szybko...
