~Magnus~
Bane wesoło gwizdał pod nosem i przechadzał się przy regale z zabawkami. Wysunął rękę w bok i trącał te najładniejsze, które zaraz potem z hukiem lądowały w jego koszyku.
- Ale uczta będzie... - wrócił do niego Ragnor, który zniknął dwie minuty temu. Najwidoczniej starał się nie pogubić po drodze produktów spożywczych trzymanych w rękach, gdyż ich stos musiał przytrzymać brodą.
Magnus parsknął z rozbawieniem i pchnął koszyk do przyjaciela. Fell rozłożył ręce, a jedzenie wpadło do wózka.
- Nie mogłeś zaczekać, aż do ciebie podjadę? - azjata przewracał zakupy, by zabawki nie odniosły większych obrażeń. - Albo ruszyć głową i wziąć drugi wózek?
- Ha, bo akurat chciałoby mi się go pchać - zaśmiał się Ragnor. - Albo taszczyć torby do osiedla.
- Najwyżej do taksówki, kochany... - poprawił go Bane, przestraszony tą wizją. - Przecież zamówimy taksówkę... Nie strasz mnie tak.
Ragnor, przypomniawszy sobie, że takowy rodzaj transportu istnieje, z ulgą się uśmiechnął.
- Na ile tatko wyjechał? - zapytał.
Ostrożnie, wiedząc dokładnie, iż dany temat jest najgorszym, jaki z Magnusem można zacząć, jeżeli nie chciało się psuć humoru wszystkim dookoła. Szczególnie samemu azjacie.
- Nie wiem, ale mam nadzieję, że na zawsze - odpowiedział Bane, nie pozwalając, by wspomnienie o ojcu go smuciło. Wzruszył ramionami i prowadził wózek za spacerującym z półki do półki Ragnorem. - Powiedział tyle, że wraca do swojej Kalifornii. I że na razie mi odpuści, żebym miał czas na przemyślenie wszystkiego i rozważanie tego, czy łaskawie do niego nie dołączyć. W skrócie: nic nowego.
- Nadal mi nie powiesz, co zrobiłeś, że wróciłeś z całą torbą pieniędzy? - Fell zerknął na przyjaciela przez ramię.
- Nie, Ragnorku.
Magnus zmrużył oczy do swego kąśliwego uśmieszku, a Ragnor odpuścił, zauważając, że azjata jeszcze swojego danego sekretu w pełni nie przetrawił, żeby mieć siły się nim dzielić.
Wraz z Magnusem zatrzymali się w regale alkoholowym. Ragnor przybliżył twarz do cen, szukając najwyższych cyfr.
- Jak myślisz, kiedy Santiago wróci od jubilera? - zapytał.
- Za dwadzieścia lat co najmniej - zażartował wesoło Magnus. - Miałem całe kieszenie tych bryloczków.
- Dobra, to najwyżej podjedziemy po niego.
- Właśnie.
Magnus uśmiechał się do czasu, aż nie spojrzał na półkę z winami. Te czerwone wprawiły go w dreszcze.
W mgnieniu oka pojawił mu się w głowie obraz, który zobaczył przez lunetę snajperki po pociągnięciu spustu; mężczyzna w średnim wieku spacerujący po parku gwałtownie drgnął i padł. Na jasnym chodniku mozolnie rozlewała się czerwona plama. Przechodnie - nie spłoszeni odgłosem strzału, gdyż snajperkę zaopatrzono w tłumik - zasłaniali usta i cofali się, przerażeni.
Magnus strzelił i zabił. Zrobił to, by jak najszybciej odejść od ojca - ponieważ wtedy czuł wielką ochotę odebrania życia także jemu.
A na końcu zrobiłby to sobie. Miał świadomość, że kończą mu się siły. Nie wiedział, jak długo jeszcze podoła dźwiganiu ciężaru cmentarza, który, zakurzony od dłuższego czasu, zyskał nową trumnę, z winy syna Asmodeusza. Magnus nienawidził siebie za to.
Po swoim strzale i usatysfakcjonowaniu tatusia, Magnus nawet na mężczyznę nie spojrzał. Natychmiast zażądał odstawienia na Brooklyn. Asmodeusz nie protestował - powiedział synowi tylko to, co Magnus wyjawił niedawno Ragnorowi, a następnie zapakowano nastolatka do auta i wedle życzenia wywieziono z Manhattanu.
CZYTASZ
𝕎𝕚𝕝𝕝 𝕐𝕠𝕦 𝕊𝕞𝕚𝕝𝕖 𝕋𝕠 𝕄𝕖 𝔸𝕥 𝕋𝕙𝕖 𝔼𝕟𝕕?
Fiksi Penggemar🄼🄰🄻🄴🄲 🄵🄰🄽🄵🄸🄲 Magnus Bane robi wszystko, by uciec spod skrzydeł ojca. Jednak nie jest to takie proste. Asmodeusz, znany mafioza, widzi w swoim synu gangstera, który mu się przyda. Zsyła przez to na niego same problemy. Magnus każdego dnia...
