Rozdział 54

282 37 12
                                        


~Magnus~

- Skończyłem z drugim miejscem - opowiadał facet. - Co było totalnie głupie. Byłem lepszy od tego kretyna z gitarą.

- Z pewnością - mruknął Magnus, niezainteresowany w żadnym stopniu tym, co mówił do niego mężczyzna. Jack, John albo jak mu tam było.

Ramię w ramię spacerowali po moście, przy odludnej, tylnej części małego lasu. Długimi krokami zbliżała się północ. Szczypiący policzki mróz sprawiał, że Magnus marzył o szybciutkim powrocie do auta i odjechania stąd jak najprędzej.

Tyle było dobrego, że nie padał śnieg, a na dwóch końcach krótkiego mostku stały wysokie jak żyrafy latarnie, oświetlające drogę azjacie i jego towarzyszowi. Inaczej Bane czułby się jak w jaskini i stracił cały zapał do wykonania zlecenia.

- Miło mi, że się poznaliśmy - odezwał się znowu mężczyzna, śmiejąc się krótko. - Myślałem, że nikogo nie spotkam, kiedy przejdę się na spacer. Musiałem wyjść z domu, pomimo tej godziny... Miałem dołek. Nie pomyślałbym, że spotkam kogoś takiego jak ty i że zechcesz ze mną pospacerować. Dzięki.

- Do usług.

Bane zatrzymał się na środku mostu. Spojrzał w dół, na kamienie wystające z płytkiej rzeki. Z tej wysokości, przy upadku rozstrzaskałyby ludzkie ciało od środka. Człowiek przypominałby miękką drożdżówkę z czerwonym dżemem w środku.

Magnus wsadził rękę pod płaszcz, próbując wymacać pistolet. Ucieszył się przy okazji, że naładował broń wcześniej i teraz mógł pominąć towarzyszący temu trzask.

- Słuchaj... - zaczął John, podchodząc bliżej do Bane'a. Uśmiechał się lekko, skrępowany. - Masz chłopaka?

Palce azjaty przesunęły się po zimnej, metalowej lufie, tam się zatrzymując. Zielono-złote oczy zwróciły się ku mężczyźnie. Uniósł brew.

- Może.

- Otwarty związek? - spytał z nadzieją facet. Pociągnął nosem z zimna.

- Może... - mruknął Magnus i posłał mu zadziorny uśmieszek.

Mężczyzna przyglądał się nastolatkowi i podgryzał wargę. Walczył sam ze sobą, ale po krótkim czasie przemógł się, uśmiechnął szerzej i odważył na pytanie:

- Mogę cię pocałować?

Magnus rozejrzał się, sprawdzając, czy byli całkowicie sami w tej jednej, zimowej godzinie. Potem stanął przed mężczyzną, zauważając błysk w jego ciemnych oczach. Zbliżył się na jeszcze jeden krok.

- Na co czekasz?

Facet się niezmiernie ucieszył. Entuzjastycznie chwycił szal Magnusa, stanął na palcach i go pocałował.

Bane przekręcił głowę, pogłębiając mozolny taniec warg. Ręka wysunęła się spod płaszcza. Metal ciężkiej i zimnej broni zdawał się parzyć Magnusa w palce, jakby był diabłem i dotknął pistoletu ochlapanego wodą święconą. A może po prostu mróz był na tyle silny, by opętać metal?

Całujący azjatę mężczyzna spróbował wpełznąć dłonią pod jego płaszcz, a wówczas Magnus wykorzystał odwrócenie uwagi gościa pocałunkiem. Przystawił mu lufę do skroni i od razu strzelił.

Magnus drgnął, otumaniony hukiem wystrzału, jednocześnie czując kilka ciepłych kropel krwi na własnej twarzy i w ustach. Mocno zamknął oczy. Martwy facet bezwładnie osunął się na bok i padł na most jak ścięte drzewo, pod nogi azjaty. Magnus westchnął i kucnął.

Na szczęście powstająca kałuża krwi skapywała z krawędzi mostu i nie brudziła mu butów. Bane położył pistolet na plecach faceta, żeby nałożyć na swoje zmarznięte dłonie rękawiczki. Wyciągnął jeszcze z kieszeni szmatkę nasączoną preparatem do czyszczenia broni.

𝕎𝕚𝕝𝕝 𝕐𝕠𝕦 𝕊𝕞𝕚𝕝𝕖 𝕋𝕠 𝕄𝕖 𝔸𝕥 𝕋𝕙𝕖 𝔼𝕟𝕕?Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz