~Magnus~
Bane nie znał dokładnej godziny, ale to, że było bardzo późno, wywnioskował po ciemności.
Jej cień okrył biedniejszą brooklyńską dzielnicę i wprosił się we wszystkie zaułki oraz kąty, przezwyciężając pozostałości blasku dnia. Tylko poszczególne okna kamienic z zapalonym w środku światłem przedzierały się przez mrok jak smugi magicznego światła. Księżyc mrygał co jakiś czas spomiędzy szarych chmur. Jak na czerwiec i parny zwiastun lata, po prostu było bardzo późno.
Bane stał z boku jednej z kamienic, podpierając ją plecami. Jego wysoka sylwetka była nieco zgarbiona, gdy palił papierosa i wpatrywał się w brudną ziemię. Wystrojony i szczupły, z nienaruszoną emocjami twarzą, z daleka przypominał zamożnego dilera czyhającego na potencjalnych klientów. Albo, zważając na jego biżuterię i brokat - czarownika, który jakimś cudem przedarł się do nie swego universum, i teraz tak stał, czekając na odsiecz w postaci portalu, lub pegaza.
Czarownik za pięć złotych... - pomyślał Bane z aktorskim akcentem, żałując, że zamiast szluga nie popalał cygara. - Ale... Gdzie się podział mój pomocnik?
Spalenie do końca papierosa było najwyraźniej zaklęciem przyzywania. Magnus wyrzucił peta na ziemię, i w tej chwili usłyszał zduszony jazgot silnika Lamborghini.
Żółty mechaniczny rumak rodem z mafijnych telenoweli wjechał w ciasną uliczkę pomiędzy blokami. Zatrzymał się tuż przed butami Magnusa i tuż z tyłu drugiego auta - czarno-niebieskiego Bugatti. Pojawiające się czasami dzieciaki, szwendające się po osiedlu, z buziami pełnymi podziwu zaglądały na drogie samochody schowane w zwykłym zaułku, subtelnie muskane blaskiem latarni.
Bernard Cult wyszedł ze swojego Lamborghini, zamknął drzwi, obszedł samochód od przodu (dość zabawnie przeciskając się pomiędzy przodem swojego auta i tyłem tego Bane'a) i w żołnierskiej pozie stanął tuż przed Magnusem. Dwie pary oczu wymieniły się złotymi w zieleni drobinkami.
Lizak otworzył usta i zapewne chciał przejść do czekającej ich akcji, ale Magnusa na ten moment ciekawiło coś innego.
- Dlaczego masz na nazwisko Cult, a nie Bane?
Lizak zamknął usta. Potem z powrotem je otworzył i odpowiedział:
- Ciebie Asmodeusz przygarnął, jak byłeś jeszcze mały, to dał ci swoje nazwisko. Ja żyłem zwyczajnie i Asmo zajrzał do mnie dopiero kilka lat temu, kiedy miałem... - zamyślił się Bernard. - Czternaście lat. No więc już nie przekręcał mojego imienia.
Magnus uśmiechnął się z pewną dozą nostalgii.
- Ja miałem czternaście lat, kiedy od niego uciekłem.
- Długo cię ścigał? - zaśmiał się Cult.
- Wystarczająco, bo dogonił.
Temat Asmodeusza jako sroki tropiącej swoje błyskotki zakończył się, kiedy Bernard rzucił okiem na bok: na ściskające się za rogiem dzieciaki, wskazujące na sportowe samochody. Cult machnął ręką, żeby ich pogonić, ale dzieci zwiały na zaledwie trzy sekundy. Po tych trzech nocnych sekundach ich ślepia ponownie zalśniły za rogiem.
Bernard wzdrygnął się na widok połyskujących w mroku małych oczek.
- Nigdy nie chcę być ojcem - ogłosił z żywą determinacją.
- Masz na to większe szanse niż ja, bo masz dziewczynę - przypomniał mu bezduszny Bane. - A to ci pech. Kiedy będę wujkiem?
- Nie będziesz. Od dziś zakładam podwójne kondomy.
Magnus spojrzał na żyjątka po pękniętych kondomach, pozbawione rodzicielskiej miłości bądź opieki, które co rusz popychały do przodu ich małego lidera. Ten co chwila się wywracał i spieprzał do nich z powrotem. Zapewne trwały zakłady, kto odważy się dotknąć chociażby lampy Lamborghini.
CZYTASZ
𝕎𝕚𝕝𝕝 𝕐𝕠𝕦 𝕊𝕞𝕚𝕝𝕖 𝕋𝕠 𝕄𝕖 𝔸𝕥 𝕋𝕙𝕖 𝔼𝕟𝕕?
Fanfic🄼🄰🄻🄴🄲 🄵🄰🄽🄵🄸🄲 Magnus Bane robi wszystko, by uciec spod skrzydeł ojca. Jednak nie jest to takie proste. Asmodeusz, znany mafioza, widzi w swoim synu gangstera, który mu się przyda. Zsyła przez to na niego same problemy. Magnus każdego dnia...
