Dwa tygodnie po naszym wzajemnym wyznaniu sobie uczuć wszystko zdawało się iść w jak najlepszym kierunku.
Clinton był bardziej otwarty i nie bał się okazywać mi uczuć w miejscach publicznych.
W tamtej chwili staliśmy pod budką z jedzeniem, czekając w kolejce.
- Widziałem cię, jak biegłaś z Owfly.fm pod Rocksound Stage - odparł, patrząc na mnie z góry protekcjonalnym, a zarazem ganiącym spojrzeniem.
- Clinton, przepraszam, ale musiałam, bo nie zdążyłabym... - zaczęłam się tłumaczyć, jednak nie było mi dane dokończyć.
- Maleńka, to jest dla ciebie niebezpieczne. Nie możesz się przemęczać w taki sposób. To nie jest już pierwszy trymestr tylko drugi - odparł przejęty, wciąż ściskając moją dłoń w swojej.
- Misiu, proszę nie denerwuj się. Obiecuję ci, że to już się nie powtórzy - objęłam go w pasie ramieniem, wtulając głowę w jego brzuch.
- Nie denerwuję się, po prostu się martwię o dziecko - wyznał szczerze, wzdychając.
- A ja? - zapytałam, czując falę smutku wzbierającą we mnie. Często miałam takie jazdy. Raz płakałam, a raz miałam ataki śmiechu.
- No o ciebie też. Co myślisz w ogóle... - spojrzał na mnie zdziwiony moim pytaniem. Miał rację, to było głupie, nawet bardzo.
Stres dawał mi we znaki. Czasem miałam kurcze nóg i różne dziwne przypadłości takie jak na przykład wzdęcia. Nie mogłam także znieść zapachu wody kolońskiej Clintona, więc był zmuszony ją wyrzucić, chociaż przez trzy dni truł mi na temat tego jak dużo za nią dał i jak bardzo ją lubił. Co jak co, ale on uwielbiał strzelać fochy.
- Mam ochotę na krążki cebulowe - powiedziałam, patrząc na menu naklejone na drzwiach budki.
- Podwójna porcja? - brunet uniósł brew do góry. Często braliśmy wspólne porcje, ale w sumie i tak ja prawie całe zjadałam. On robił to po to, żebym nie narzekała, że za bardzo tyję. Wiedziałam, że to dlatego.
- Mhmm... - wsunęłam dłoń pod jego koszulkę, dotykając jego wyraźnie zaznaczonego brzucha.
- Znowu mnie drażnisz, co? - zaśmiał się melodyjnie, patrząc na mnie lekko speszony moim bardzo transparentnym zachowaniem.
- Zawsze, kochany - odparłam, patrząc na chodzących wokół ludzi.
Każdy bawił się i śmiał. Wiele z nich było w grupkach, ze znajomymi. Przeżywali czas swojego życia, podczas gdy ja i mój niesamowicie przystojny chłopak staliśmy pośród tych wszystkich ludzi. Czułam się szczęśliwa, miałam wszystko, czego mogłam zapragnąć.
Moi rodzice byliby ze mnie dumni. Zwłaszcza mój tata. On zawsze marzył o kimś jak najlepszym dla mnie, a do tego wiedziałam, że gdyby tu był cieszyłby się, że zostanie dziadkiem.
- Kojarzysz Cala Jensena? - zapytałam nagle, nie wiedząc po co to robię.
- Ten basista z Mischevious Lowriders? - zapytał Clint, nie pewien tego, czy tą osobę mam na myśli.
- Tak - skinęłam głową, zaciskając usta w kreskę.
- No i co w związku z tym? - brunet wydawał się być lekko rozkojarzony moim pytaniem.
- To mój tata - wykrztusiłam z siebie, ledwo hamując łzy.
- Och - chłopak stanął przede mną, kładąc dłonie na moich ramionach - Tak mi przykro. To był na prawdę dobry człowiek. Słyszałem, że zginął w wypadku samochodowym z żoną trzy lata temu.
